jeszcze tylko przytulę myślami ziemię i mogę…

Od jakie­goś cza­su odczu­wam fizycz­ną i psy­chicz­ną tęsk­no­tę za uzie­mie­niem. Dosłow­nie: widzę kawa­łek gołej pod­ło­gi albo nie­do­bu­dzo­nej wio­sną zie­mi i chcę się na niej poło­żyć.
Wra­cam do poko­ju, odkła­dam rze­czy i jak zahip­no­ty­zo­wa­na, zanim kon­ty­nu­uję dzień, życie — naj­pierw sia­dam na pod­ło­dze.

I sie­dzę tak. Gapię się nie­wi­dzą­cy­mi ocza­mi. Szu­kam za oknem śla­dów, któ­re być może zachę­cą mnie do wsta­nia. Widzę zmę­czo­ne zimą drze­wo i wie­żę kościół­ka św. Józe­fa. Firan­ki w naprze­ciw­le­głych oknach poru­sza­ją się w rytm wcze­sno­wio­sen­ne­go wia­tru. Jestem taka cięż­ka, reszt­ka­mi sił zwal­czam poku­sę, by objąć ręka­mi pokój i zasnąć.

Muszę się oszu­ki­wać, że na przy­kład jak teraz nie zasnę, tyl­ko wsta­nę i napi­ję się wody koko­so­wej, to już cała resz­ta będzie OK i do znie­sie­nia. A może zapa­rzę świe­żej kawy? Znaj­dę w inter­ne­cie prze­pis na wegań­skie pesto? Napi­szę miłym ludziom, że są mili? Odpi­szę na jakieś maile sprzed roku, żeby nie było, że tak cał­kiem zapo­mnia­łam?

Powin­nam wyjść na ten deszcz, uru­cho­mić kon­struk­tyw­ne myśle­nie, zmie­rzyć się z zaspa­nym mia­stem i pood­dy­chać nowym powie­trzem. Nie mogę wiecz­nie sie­dzieć na pod­ło­dze i cze­kać. Wciąż jed­nak nie usta­li­łam ze swo­ją Ambi­cją, na co wła­ści­wie cze­kam.

Wra­cam zatem na pod­ło­gę. Z pozy­cji par­te­ru nikt nie ma pra­wa nicze­go ode mnie wyma­gać.

Jesz­cze tyl­ko przy­tu­lę myśla­mi zie­mię i mogę…