jestem zaprogramowana na ucieczkę

Wcho­dzę do jego domu, omia­tam wzro­kiem prze­strzeń. Drzwi wej­ścio­we są na prze­ciw­ko scho­dów, zamek tuż przy klam­ce. Notu­ję w gło­wie, by na górze zwró­cić uwa­gę, gdzie odkła­da klu­cze. Kuch­nia i łazien­ka z lewej stro­ny kory­ta­rza, sypial­nia z pra­wej, salon pośrod­ku. Odkła­dam swo­je rze­czy bli­sko drzwi na wypa­dek gdy­by…

Gdy­by co? Co złe­go może się wyda­rzyć u czło­wie­ka, któ­re­mu powin­nam ufać naj­bar­dziej?

W tram­wa­ju i auto­bu­sie sta­ję zawsze przy drzwiach, nie­rzad­ko dopro­wa­dza­jąc do kur­wi­cy resz­tę pasa­że­rów. Ogar­nia­nie wzro­kiem nowej prze­strze­ni od daw­na mam opa­no­wa­ne do per­fek­cji. Muszę wie­dzieć, jak weszłam. Muszę wie­dzieć, jak mogę wyjść. Muszę wie­dzieć, któ­rę­dy jesz­cze da się uciec. Muszę mieć na wido­ku ewen­tu­al­ne klu­cze. Wszyst­kie rze­czy zawsze w jed­nym miej­scu, gdy­by trze­ba było je zła­pać w locie i wyru­szyć.

Nie ogra­ni­czam już swo­jej ostroż­no­ści do samych prze­strze­ni. Na biur­ku w pra­cy nie ma ani gra­ma moich rze­czy. Notat­nik z wetknię­tym w śro­dek dłu­go­pi­sem zawsze mam przy sobie, toreb­ka na wycią­gnię­cie ręki, tele­fon w kie­sze­ni.

Zwią­zek z dru­gim czło­wie­kiem pęka jak szkla­na bań­ka, jak tyl­ko zda­ję sobie spra­wę, że oto już nad­szedł ten doro­sły moment, by zostać.

Jak to zostać? Zerwij­cie te łań­cu­chy z moich nad­garst­ków!
Szach mat. I już mnie nie ma.

Tyl­ko że ostat­nio popa­dam chy­ba w małą para­no­ję. Rysu­ję tabel­ki z dnia­mi i mie­sią­ca­mi, ale o ile to nie jest dzi­siaj, od bie­dy jutro, wszyst­ko świe­ci pust­ka­mi: jej­ku, nie mogę w grud­niu pla­no­wać stycz­nia czy mar­ca, skąd mam wie­dzieć, że ten dzień, mie­siąc dla mnie nadej­dzie? Jak­bym te moje uciecz­ki na nie­świa­dom­ce wrzu­ca­ła na wyż­szy level. Z życia moż­na bowiem uciec tyl­ko w jeden spo­sób.

Potra­fię cały dzień spę­dzić na gapie­niu się w pust­kę, spa­ra­li­żo­wa­na stra­chem, że za chwi­lę może nadejść koniec. Że za mną 27 lat, w któ­rych w zasa­dzie nic się nie wyda­rzy­ło, a przede mną zero gwa­ran­cji na jaki­kol­wiek ciąg dal­szy. Car­pe diem nabra­ło dla mnie gro­te­sko­we­go zna­cze­nia. Nie wiem co mi się podzia­ło, zawsze byłam sto­sun­ko­wo weso­łą dupia­rą.

Może to przez to, że ostat­nio nabra­łam takiej ośle­pia­ją­cej wręcz jasno­ści, co chcę robić, umieć i posia­dać, a zara­zem wystra­szy­łam się, bo każ­da z tych rze­czy wyma­ga kon­kret­nych lat na roz­ruch. Skąd ja mam wie­dzieć, czy ja mam lata albo cho­ciaż mie­sią­ce. Życie było już prze­cież tak łaska­we, że dało mi 27 lat i nie za dobrze je spo­żyt­ko­wa­łam. Jestem nigdzie, mam nic, a to i tak o nie­bo wię­cej niż nie­któ­rzy.

Nie­wdzięcz­ni­ca. Peł­no­eta­to­wa ucie­ki­nier­ka.

I zawsze jak sły­szę Kor­te­za, to śmie­ję się ponu­ro, że on to śpie­wa do mnie.