ja jestem jakaś dwubiegunowa wariatka, przysięgam

Są dni, gdy mnie natycha światło, słowa i jakaś enigmatyczna poezja; wtedy najczęściej wszyscy się ze mnie śmieją.
A są dni, w których zachowuję się jak skończona, rozchichotana idiotka i wtedy ci sami wszyscy śmieją się do mnie.

Ja naprawdę lubię obie te natury, tylko do tej pory nie przyjmowałam do wiadomości, że tak można. Czy ja muszę mieć konkretną etykietkę, po której mnie poznacie na drugim końcu ulicy? No nie, właśnie do mnie dociera, że nie.

Tak jak przy pracy nad własnym życiem dzielę dni na tematyczne, tak swoją naturę mogę dzielić wg uznania i chyba nikomu nie wyrządzę tym żadnej krzywdy.

Czasem jestem kameleonem, innym razem tchórzofretką. W mojej zwierzęcej karierze przeszłam też odcinek życia w postaci żuka gnojarza.

To nie jest Bali, gdzie każdy MUSI być zakotwiczony we właściwej dla niego kaście, czasie i przestrzeni. W Polsce nikt się szczególnie nie zmartwi, gdy na pytanie „skąd jesteś, dokąd zmierzasz?” odpowiem „jeszcze nie wiem”. A na Bali taka odpowiedź to wyrok smutku. JezusMaria, jak to nie wiesz, to tak, jakby cię w ogóle NIE BYŁO.

Ostatnie upały w Krakowie dały mi po dupie. Dzisiaj od rana burza, deszcz i zawierucha i nie mogę się tym stanem nacieszyć. Piszę tego posta zwinięta w koc. W KOC, polarowy, cieplutki, taki w sam raz na zimę przy kominku, w drewnianej chatce, na odludziu…
Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej scenerii do pisania. Okna otwarte na oścież, po pokojach szwenda się lekki chłodek. Zimno mi.

Wczoraj na przemian reanimowałam siebie i kota (mieszkanie na poddaszu w te upały to jeszcze wyższy level piekła…) i dorzucałam do naszych miseczek z wodą kolejne kostki lodu. A dzisiaj mi zimno.

I wtedy zrozumiałam.
Przecież żyję sobie, nic poza tym. Zarażam uśmiechem i od czasu do czasu pasją do czegoś.

Na przykład do wilków, w których – naprawdę, przysięgam – kocham się do szaleństwa. Nie ma takich słów, którymi dałoby się opisać moje opętanie wilkami. Pewnie wypadłam z jakiegoś miotu w nieodpowiednim czasie i przestrzeni i za kilkanaście lat odnajdę swoje miejsce w azylu, w którym poznam swoją piękną, wilczą rodzinę.

Tak to widzę, tego się trzymam. To cudna perspektywa.
Dla samej tej perspektywy mogę żyć dalej. I mogę się starać, by to życie było ładne i godne zapamiętania.

Żebym mogła je powtórzyć kiedyś wnukom, których nigdy nie będę miała.

  • same here, przybijam wirtualną piątkę

  • Zdaje się, że strych Leny, to musi być naprawdę magiczne miejsce ;)

  • W Krakowie może nie byłabym szczęśliwsza, ale o wiele ciekawiej odbierałabym świat niż na mojej paskudnej wsi. Zazdroszczę nawet strychu w Krakowie.

  • <3

  • O, jakie to ładne!
    I jakie sensowne, bo przecież nie trzeba być tym samym sobą każdego dnia, a jednak jakoś sobą zostawiać. Jakoś się z Tobą w tej dwu(trój?pięcio?)biegunowości utożsamiam. I w życiu, takim po prostu żeby, też chyba.
    Rodzinki wilczej i dobrego wieczoru <3