gwałcę replay jak Reksio szarpie szynkę od Zbyszka 3 cytryny

Sie­dzi­my kul­tu­ral­nie w Sto­wa­rzy­sze­niu Gmin i Powia­tów Mało­pol­ski na Grodz­kiej i w skrom­nym kółecz­ku roz­pra­wia­my na temat Kal­kwer­ku, pró­bu­jąc zin­ter­pre­to­wać m. in. rysu­nek na ścia­nie poja­wia­ją­cy się w któ­rejś­tam godzi­nie spek­ta­klu i wymie­nia­jąc się suge­styw­ny­mi komen­ta­rza­mi, że ten pan pro­fe­sor, któ­ry nie chce wpu­ścić Kon­ra­da do środ­ka, w życiu pry­wat­nym jest oso­bą pry­wat­ną same­go Kry­stia­na Lupy.

Więk­szość z nas zgod­nie, choć nie­ko­niecz­nie gło­śno, czu­je, jak­by było nie­do­sta­tecz­nie doj­rza­łym, by doce­nić kunszt sztu­ki i pró­bu­je sku­pić się na frag­men­tach. Odczu­wa­my też pew­ne zaże­no­wa­nie z powo­du intym­no­ści jaka zaszła mię­dzy ekra­nem pro­jek­cyj­nym a nami. To co praw­da nie miał być temat Kal­kwer­ku, ale sko­ro od nie­go zaczę­łam, nie była­bym sobą, gdy­bym szyb­ciut­ko nie skon­sta­to­wa­ła, że:

- war­to obej­rzeć tę sztu­kę choć­by dla­te­go, że w porów­na­niu do innych spek­ta­kli Lupy (albo War­li­kow­skie­go) ta jest wręcz kró­ciut­ką etiu­dą, któ­ra mimo wszyst­ko strasz­nie ryje beret;
— dru­ga spra­wa nazy­wa się Mał­go­rza­ta Hajew­ska-Krzysz­to­fik, obok któ­rej nie dało­by się przejść obo­jęt­nie, nawet gdy­by rekla­mo­wa­ła pod­pa­ski Natu­rel­la. Haja zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wa­ła moje patrze­nie na teatr współ­cze­sny i jest to nie­wąt­pli­wy suk­ces na polu wal­ki Leni­ka kon­tra Sta­ro­świec­kie Widze­nie Świa­ta. Nie czu­ję się na siłach, by pod­jąć choć­by mar­ną pró­bę inter­pre­ta­cji Kal­kwer­ku. Pomi­mo krót­kie­go kur­su z teo­rii i histo­rii teatru moja wie­dza na tej płasz­czyź­nie wciąż jest skraj­nie pry­mi­tyw­na i ogra­ni­cza się do mini­mum pozwa­la­ją­ce­go zali­czyć egza­min, dla­te­go przej­dę od razu do meri­tum.

Ta trzy­go­dzin­na kal­kwe­ro­wa męczar­nia (w pozy­tyw­nym sen­sie) zosta­ła zwień­czo­na wal­cem.

Jestem anty­fe­no­me­nem jeśli cho­dzi o pro­pa­go­wa­nie idei Prze­ży­wa­nia Tu i Teraz, dla­te­go też z taką pasją odda­ję się komen­to­wa­niu naj­waż­niej­szych wyda­rzeń (bez wzglę­du na to, z czy­je­go punk­tu widze­nia) gru­bo, paskud­nie gru­bo po cza­sie. Po burz­li­wej dys­ku­sji na temat spek­ta­klu Lupy, z któ­re­go wysnu­li­śmy pry­mi­tyw­ne wnio­ski w sty­lu: on to zro­bił z miło­ści, ona tak napraw­dę go kocha­ła, on nie był waria­tem tyl­ko geniu­szem, ona już dłu­żej nie mogła…doszli­śmy do punk­tu, gdzie dla nie­któ­rych zro­bi­ło się strasz­nie póź­no i zwy­czaj­nie posta­no­wi­li­śmy zawi­nąć się do domu. Jesz­cze tyl­ko Kirył ubła­gał o kil­ka dodat­ko­wych minut, żeby podzie­lić się z nami audio­obra­zem, któ­ry wte­dy do resz­ty zruj­no­wał mi ser­ce.

Sły­sza­łaś kie­dyś o Sigur Rós? A sły­sza­łeś o ich Val­ta­ri Myste­ry Expe­ri­ment?

Są takie momen­ty, któ­re prze­no­szą cię w inny wymiar, cho­ciaż nie masz poję­cia dla­cze­go.
W trak­cie oglą­da­nia Val­ta­ri zdo­ła­łam wykrze­sać z sie­bie tyl­ko tyle odwa­gi, by móc zer­k­nąć na reak­cje resz­ty towa­rzy­stwa. Na ich twa­rzach malo­wa­ło się coś w rodza­ju sym­pa­tycz­ne­go zain­te­re­so­wa­nia gra­ni­czą­ce­go z obo­jęt­no­ścią. Z nie­któ­rych mogłam nawet wyczy­tać, że już się zasta­na­wia­ją, na któ­ry przy­sta­nek się udać, żeby dotrzeć do domu jak naj­szyb­ciej. I nic wię­cej. Dla mnie te nie­speł­na dzie­sięć minut były abso­lut­nym pra­niem mózgu. Ja chcia­łam wejść do nich przez ekran rzut­ni­ka i cało­wać post­in­du­strial­ną pod­ło­gę, po któ­rej oni tań­czą! Obję­łam nawet swo­ją twarz ręka­mi i do dzi­siaj nie wiem, czy mia­ło to na celu instynk­tow­ne zade­mon­stro­wa­nie moje­go zachwy­tu, czy zwy­czaj­nie powstrzy­my­wa­łam swo­ją szczę­kę przed jej bez­li­to­snym opa­dem na zie­mię.

Nie mam poję­cia, kie­dy stam­tąd wyszłam i jak wró­ci­łam do domu. Było cho­ler­nie zim­no, mia­łam dziu­ra­we buty i chy­ba nawet skrzy­wił mi się rudy beret. Na plus oce­niam fakt, że po takim pier­dol­nię­ciu uda­ło mi się mimo wszyst­ko traf­nie wyty­po­wać tram­waj, któ­ry zawiózł mnie bez­po­śred­nio do Pod­gó­rza.

Pamię­tam tyl­ko, że sto­jąc potem na przy­stan­ku z Kiry­łem i pro­wa­dząc z nim luź­ną roz­mo­wę o spo­tka­niu, w pew­nym momen­cie zapy­tał mnie: “tań­czysz jesz­cze?” A ja — ze smut­kiem w gło­sie, któ­re­go bym się po sobie nie spo­dzie­wa­ła — odpo­wie­dzia­łam tyl­ko: “tań­czy­łam, sta­re dzie­je”.

Było, minę­ło. Daw­no i nie­praw­da. Ale zosta­wiam sobie uchy­lo­ną furt­kę, jeśli pew­ne­go dnia zechcę tam wró­cić.


z cyklu #retro­spek­cje; post uka­zał się dwa lata temu na moim — nie­ist­nie­ją­cym już — blo­gu. 

PS. do tań­ca wró­ci­łam, ale resz­ta nie­wie­le się zmie­ni­ła. Nadal zda­rza mi się hasać po mie­ście w dziu­ra­wych butach. I nadal chcia­ła­bym cało­wać pod­ło­gę, po któ­rej oni tań­czą.