głęboko w głowie mgła przykrywa myśli

głęboko w głowie mgła przykrywa myśli

- Lena, podasz mi łado­war­kę? Chy­ba przed wyj­ściem muszę nakar­mić tele­fon, bo jak zaczną do mnie…

Nie słu­cham go uważ­nie; prze­sie­wam jego sło­wa, bo w naj­więk­szym roz­tar­gnie­niu ple­cie o dupie mary­nie, ale bar­dziej do sie­bie niż do mnie. Machi­nal­nie wygrze­bu­ję kabel z pudeł­ka i kła­dę go na sto­li­ku razem z kub­kiem chłod­nej już — od cią­głe­go prze­sta­wia­nia — kawy.

Sia­dam na prze­ciw­ko nie­go, myśla­mi wra­cam do pra­cy, któ­ra wyświe­tla się na ekra­nie moje­go kom­pu­te­ra. Cza­sem tyl­ko prze­ska­nu­ję jego twarz w poszu­ki­wa­niu jakichś nagłych, istot­nych zmian nastro­ju. Ścią­ga sro­go brwi nie­za­leż­nie od tego, czy mówi poważ­nie, czy żar­tu­je. Prze­chy­la gło­wę lek­ko w lewą stro­nę, kie­dy pró­bu­je sobie coś przy­po­mnieć, a gdy już mu się to uda, przy­my­ka oczy i mono­sy­la­ba­mi mam­ro­cze coś pod nosem.

- Co tak paczysz? — wyry­wa mnie z zamy­śle­nia.
— Hm?
— Paczysz i paczysz. Co się dzie­je?

Na dźwięk tych słów jed­no­cze­śnie miek­nę i nie­ru­cho­mie­ję. Nawet jeśli nic się nie dzie­je, a on zapy­ta co się dzie­je, to we mnie zaczy­na dziać się wszyst­ko. To taki zle­pek słów, któ­ry — odpo­wied­nio zain­to­no­wa­ny — odkrę­ca kra­nik całej gamy feel­sów. Zby­wam pyta­nie uśmie­chem i ase­ku­ra­cyj­nie zmie­niam temat.

- O któ­rej wró­cisz? Zje­my coś w domu?
— Zawsze się cie­szę jak pajac, kie­dy sły­szę od cie­bie to pyta­nie, nawet jeśli jest tak cho­ler­nie nie­prze­my­śla­ne. Zjedz­my w domu, sko­ro już tak ład­nie to powie­dzia­łaś.
— Wiesz prze­cież, co mia­łam na myśli…
— A ty wiesz?

Robię głu­pią minę i wzru­szam ramio­na­mi. Wra­cam wzro­kiem do kom­pu­te­ra.

- Pla­nu­ję wró­cić koło dzie­więt­na­stej, może tro­chę póź­niej. Wszyst­ko zale­ży od tego, czy zgo­dzi się na moje warun­ki, czy zacznie krę­cić nosem.
— Nie zno­szę tego. Nie­na­wi­dzę tych chwil, kie­dy uda­je nam się wresz­cie zamknąć drzwi od zgieł­ku minio­ne­go dnia, wsko­czyć w domo­we kap­cie i zaszyć się w tym wiel­kim wyrze z myślą, że do same­go rana jeste­śmy już tyl­ko my, my, my i nasz pie­czo­ło­wi­cie, ale pro­sto urzą­dzo­ny świa­tek, a ty nagle wsta­jesz, ubie­rasz się i gdzieś mi wycho­dzisz. Nie zno­szę tego, nie­na­wi­dzę.

Sku­bie mnie za pra­we ucho i war­ko­czyk.
— Ale prze­cież wra­cam. Zawsze do cie­bie wra­cam. 

Kie­dy wycho­dzi, w poko­ju robi się gęsto i obco. Wszyst­ko ma roz­mem­ła­ną kon­sy­sten­cję snu. Nie pamię­tam jak i dla­cze­go tak szyb­ko zasnę­łam, ale gdy się budzę, tego już nie ma. Bo cie­bie już nie ma. I muszę sobie cały świat prze­re­da­go­wać na taki, któ­ry się dzie­je bez two­je­go imie­nia.