entliczek, pętliczek, społecznościowy mętliczek

Im bar­dziej sku­piam się na dzia­łal­no­ści oko­ło­blo­go­wej, tym mniej cza­su poświę­cam same­mu blo­go­wi. Tak się mar­twię, że Face­bo­ok i resz­ta spo­łecz­no­śció­wek tnie zasię­gi moim kole­żan­kom i kole­gom „po wir­tu­al­nym pió­rze”, że kicam po ich pro­fi­lach jak wiel­ka­noc­ny zają­czek i rzu­cam w nich laj­ka­mi, komen­ta­rza­mi, sze­ra­mi, a potem ze zgro­zą uświa­da­miam sobie, że już nie mam siły albo cza­su, by wejść na czy­je­goś blo­ga — czy­li w zasa­dzie na plat­for­mę, któ­ra powin­na być dla nas naj­istot­niej­sza.

Jason­Hunt oczy­wi­ście prze­wi­dział to już parę lat temu. Nie musisz mieć blo­ga, żeby cię czy­ta­li, ale bez spo­łecz­no­śció­wek zgi­niesz. I cho­ciaż ostat­nio niczym przy­cię­ta kata­ryn­ka w kół­ko to powta­rzam, powtó­rzę raz jesz­cze — mnie to boli, ja na tym tra­cę.

Dobre tre­ści giną mi pod natło­kiem con­ten­tu, któ­ry miał być wspar­ciem, a nie bazą wyj­ścio­wą twór­ców. Na moich zasię­gach szcze­rze mi nie zale­ży (wystar­czy zer­k­nąć na moje śmiesz­ne sta­ty­sty­ki insta-fejs­bu­ko­we — nie ruszy­ło toto od ponad roku chy­ba ani o jotę, bo i też niko­go nie zachę­cam, by mnie w tych miej­scach poszu­ki­wa­no lub wręcz: odnaj­dy­wa­no), ale tro­chę mi się ser­ce kra­je, jak komuś zasię­gi lecą na łeb, na szy­ję, pomi­mo jego usil­nych, a cza­sem wręcz despe­rac­kich sta­rań, by je pod­krę­cić.

Ale ja nawet nie o tym.

Nie podo­ba mi się, w któ­rą stro­nę to poszło. Nic z tym nie mogę zro­bić, więc cho­ciaż sobie pona­rze­kam, że głę­bo­ko w ser­dusz­ku krwa­wię nad sło­wa­mi, któ­rych nie piszę, bo jestem zbyt zaję­ta ciśnię­ciem beki na fej­sie z rze­czy, któ­re nawet nie śmie­szą.

Na Face­bo­oku nie wypa­da pisać o smut­nych rze­czach, bo laj­ki nie będą się zga­dza­ły.

Jest gigan­tycz­na prze­paść mię­dzy tre­ścia­mi z moje­go blo­ga a con­ten­tem wrzu­ca­nym prze­ze mnie od sasa do lasa na spo­łecz­no­ściów­ki. Żeby z tego jakoś w mia­rę zgrab­nie wybrnąć, musia­ła­bym cisnąć bekę z samej sie­bie, że odwa­ży­łam się mieć jakieś trud­niej­sze uczu­cia i oto piszę o nich na blo­gu. W efek­cie to wła­śnie robię — na siłę śmie­ję się z samej sie­bie. Dobi­jam śmie­chem nie zawsze weso­łą praw­dę, któ­ra — jak każ­de­mu — cza­sa­mi sie­dzi pod skó­rą.

Natu­ral­nie, raz na sto lat się odwa­żę i ogło­szę na Face­bo­oku, że na blo­gu poja­wił się post o tym, jak nie umiem w życie, bo sie­dem lat temu nie poże­gna­łam się z umie­ra­ją­cym przy­ja­cie­lem.

Tyl­ko że wte­dy robi się jakaś kon­ster­na­cja, sta­ję się cyber-tren­do­wa­ta, spo­łecz­nie prze­mil­cza­na. Co odważ­niej­szy zosta­wi laj­ka, ale się nie ode­zwie, bo głu­pio tak na fej­sie być praw­dzi­wym.

Na blo­gu za to pod tym samym postem poja­wią się komen­ta­rze. Ktoś mi podzię­ku­je, że się wzru­szył albo zasta­no­wił. Ktoś inny doda mi otu­chy, sko­pie mi wir­tu­al­nie dupę, każe iść na cmen­tarz, pull your shit toge­ther, Leni­ka, you got this.

Na blo­gu mogę być wraż­li­wa, na fej­sie mogę być wyłącz­nie śmiesz­na i cza­sa­mi nie umiem odróż­nić, któ­ra z nas dane­go dnia to ta Praw­dzi­wa.

I mów­cie co chce­cie, ale mnie strasz­nie smut­no, że jestem jed­nym z try­bi­ków tej popa­pra­nej machi­ny.