E. Ferrante — “Genialna Przyjaciółka” czy genialny…bełkot?

Nawet nie wiem od cze­go zacząć.
Dwa dni temu prze­czy­ta­łam ostat­nią stro­nę czwar­te­go tomu „Genial­nej Przy­ja­ciół­ki” i wykrzyk­nę­łam do Oli z Para­pe­tu Lite­rac­kie­go, któ­ra wspie­ra­ła mnie przez całą moją „genial­ną” podróż — Alle­lu­ja! 
Poczu­łam się, jak­bym uwol­ni­ła swój umysł od strasz­nych tok­syn.

Neapol, poło­wa XX wie­ku, bie­da, utrud­nio­ny dostęp do edu­ka­cji, pato­lo­gia na porząd­ku dzien­nym. Histo­ria Fer­ran­te mia­ła być o burz­li­wej przy­jaź­ni dwóch głów­nych boha­te­rek — Liny i Ele­ny — i przy­zna­ję, że burz­li­we toto było jak jasna cho­le­ra, ale przy­jaź­nią za nic bym tego nie nazwa­ła. Przez wszyst­kie 4 tomy zacho­wu­ją się, jak­by się nie­na­wi­dzi­ły.

W życiu nie czy­ta­łam książ­ki, w któ­rej nie była­bym w sta­nie polu­bić ani jed­nej posta­ci. Pod koniec trze­ciej czę­ści uświa­do­mi­łam sobie, że czy­tam tę serię tyl­ko dla­te­go, bo mam nadzie­ję, że głów­ne boha­ter­ki w koń­cu się poza­bi­ja­ją. Dla spo­ko­ju ich i moje­go.

Lina jest nie­po­kor­na, ale cho­ler­nie inte­li­gent­na. Jej nauczy­cie­le sta­ją na rzę­sach, by ta kon­ty­nu­owa­ła naukę, nie­ste­ty bez­sku­tecz­nie — Lina koń­czy edu­ka­cję na eta­pie pią­tej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej. Ele­na jest wpa­trzo­na w Linę jak w obra­zek. Uczy się, by móc z nią kon­ku­ro­wać, by móc jej zaim­po­no­wać, by być god­ną jej przy­jaź­ni. Potem uczy się, bo Lina tego ocze­ku­je. W dzie­ciń­stwie usta­la­ją ze sobą, że to Lina będzie „tą złą”, a Ele­na tą „genial­ną przy­ja­ciół­ką”. W rze­czy­wi­sto­ści w każ­dym tomie Lina udo­wad­nia świa­tu, że jest odwrot­nie.

Wszyst­kie czte­ry tomy usła­ne są wąt­ka­mi miło­sny­mi rodem z wene­zu­el­skich tele­no­we­li. Opi­sy same w sobie zno­śne, żad­nych żenu­ją­cych wes­tchnień, ochów achów, ale toki rozu­mo­wa­nia i życio­we wybo­ry naszych boha­te­rów co krok dopro­wa­dza­ły mnie na skraj peł­nej nie­do­wie­rze­nia roz­pa­czy. Taka tro­chę Plot­ka­ra, tyl­ko w wer­sji gang­ster­skiej.

SPOILER z dru­gie­go tomu powie­ści


No bo wyobraź sobie, moja dro­ga Czy­tel­nicz­ko, że Two­ja naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka — w dodat­ku mężat­ka — zako­chu­je się w chło­pa­ku, do któ­re­go Ty śli­nisz się od naj­młod­szych lat, a potem pro­si Cię słod­kim gło­si­kiem, żebyś pomo­gła jej kryć ten zwią­zek przed jej mężem. Co wte­dy robisz? 
Wg autor­ki „Genial­nej Przy­ja­ciół­ki” nale­ży zga­dzać się na wszyst­ko, ale potem za karę moż­na na przy­kład stra­cić dzie­wic­two ze znie­na­wi­dzo­nym ojcem tegoż chło­pa­ka — któ­ry w dodat­ku kil­ka mie­się­cy wcze­śniej mole­sto­wał Cię sek­su­al­nie. 
Jest moc, c’nie?


KUNIEC SPOILERÓW

Z bie­giem lat Ele­na — nota­be­ne nar­ra­tor­ka ich wspól­nej opo­wie­ści —  zacho­wu­je się jak coraz więk­sza pozer­ka. Już w nic nie jestem w sta­nie jej uwie­rzyć, a naj­mniej w obraz swo­jej oso­by, któ­ry z taką szcze­gó­ło­wo­ścią pró­bu­je kre­ować u czy­tel­ni­ka.

Zda­je się, jak­by fascy­no­wa­li ją ludzie mądrzy, oczy­ta­ni, poli­tycz­ni, ale cho­ciaż przy­zna­je im wszyst­kim racje i wsz­czy­na z nimi pseu­do­in­te­li­gent­ne dys­ku­sje — kom­plet­nie nic z nich nie rozu­mie. Sama zresz­tą nie­jed­no­krot­nie przy­zna­je, że „ope­ro­wa­ła sfor­mu­ło­wa­nia­mi zaczerp­nię­ty­mi z pism poli­tycz­nych, któ­rych nawet nie rozu­mia­ła, i całe towa­rzy­stwo było nią zachwy­co­ne”. Mówi­ła to z dumą. Myśla­ła, że tak trze­ba.

Ele­na cho­ler­nie dra­ma­ty­zo­wa­ła. Cza­sa­mi, gdy ktoś ją skrzyw­dził, uprze­dza­ła czy­tel­ni­ka, że „to i tak nic, w porów­na­niu z naj­gor­szym, któ­re ma dopie­ro nadejść”.
I ja sobie wte­dy myśla­łam „no wresz­cie, cie­ka­we co to za naj­gor­sze, teraz się wszyst­ko wyja­śni, teraz się oka­że, że było war­to ślę­czeć nad tymi książ­ka­mi tyle cza­su!”. A potem się oka­zy­wa­ło, że wg Ele­ny naj­go­rzej jest wte­dy, gdy Lina spra­wi jej przy­krość i zwró­ci się do niej z nie­ukry­wa­ną wro­go­ścią. I nad tą przy­kro­ścią potra­fi­ła gór­no­lot­nie roz­wo­dzić się na kil­ka stron, co ja stresz­czę Wam w dwóch zda­niach:

o ta suka, prze­gła pał­kę, teraz już z nami napraw­dę koniec. Jesz­cze tyl­ko pój­dę wyli­zać jej sto­py i od jutra mogę ją zacząć total­nie nie­na­wi­dzić”.

Gar­dzi­łam nią. Czi­zas, jak ja gar­dzi­łam jej sła­bo­ścią.

I te tytu­ły wszyst­kich tomów, któ­re mia­ły niby zwia­sto­wać jakiś prze­łom! Cze­ka­łam na te prze­ło­my jak naj­więk­sza pokra­ka.

Na przy­kład tom „Histo­ria zmia­ny nazwi­ska” gene­ro­wał we mnie gigant-nadzie­ję, że zadzia­ła się w koń­cu jakaś tra­ge­dia. Może osnu­ta wiecz­ną tajem­ni­cą Lina w koń­cu kogoś zabi­ła i ucie­kła, i w dodat­ku musia­ła zmie­nić toż­sa­mość, bo naj­pew­niej ści­ga­ła ją NASA i UNICEF, oesu! Ale nie. Lina po pro­stu wyszła za mąż i już nie nazy­wa­ła się Cerul­lo tyl­ko Car­rac­ci.

A taki na przy­kład tom „Histo­ria uciecz­ki” zna­czył tyle, że jed­na z nich prze­nio­sła się na inne osie­dle.

A „Histo­ria zagi­nio­nej dziew­czyn­ki”?
No dobra, tu z tytu­łem było lepiej. Ale z tre­ścią już ani tro­chę.
Gdy­bym z tych czte­rech tomów prze­czy­ta­ła tyl­ko począ­tek pierw­sze­go i koń­ców­kę czwar­te­go, pomy­śla­ła­bym pew­nie, że oje­ju, to musi być napraw­dę cie­ka­wa i pięk­na histo­ria. Szko­da, że tak nie zro­bi­łam.

Czy­ta się to z takim cią­głym ocze­ki­wa­niem: „no dobra, i co dalej? no dobra, ale co dalej? no ale no i co z tego, do cze­go zmie­rzasz? no i coś w związ­ku z tym, czy nadal nic?”. I tak przez czte­ry tomy. 

Wąt­ki pro­wa­dzo­ne są tak, jak­by były wstę­pem do jakiejś grub­szej spra­wy, a potem cią­gle się oka­zu­je, że te wpro­wa­dze­nia były final­ny­mi wąt­ka­mi samy­mi sobie.
Nie pamię­tam, żeby tam się coś wyja­śni­ło. Nie pamię­tam, żeby tam był jakiś począ­tek, śro­dek, czy koniec albo cho­ciaż klam­ra, któ­ra zbie­ra wszyst­ko zgrab­nie do kupy.

Wszyst­kie powyż­sze uwa­gi zaczę­łam noto­wać w poło­wie 4. tomu. Gdy­by nie to, po dwóch dniach od skoń­cze­nia czy­ta­nia nie była­bym w sta­nie napi­sać ani jed­ne­go aka­pi­tu o dziew­czy­nach czy o wra­że­niach z książ­ki. Czte­ry tomy, ponad 2000 stron, a ja nie potra­fię powie­dzieć, o co tam wła­ści­wie cho­dzi­ło.

To, że prze­czy­ta­łam calut­ką serię, nie wyni­ka­ło nie­ste­ty z mojej cie­ka­wo­ści, tyl­ko z jakiejś mojej lite­rac­kiej ner­wi­cy natręctw. Nie cier­pię nie koń­czyć rze­czy, a tym bar­dziej ksią­żek. Mam do nich jakiś trud­no wytłu­ma­czal­ny sza­cu­nek.

Myślę sobie, że sko­ro książ­ka zaist­nia­ła, to musia­ła mieć jakiś powód. To prze­cież nie książ­ki wina, że jest bez­na­dziej­na. Ona na pew­no się sta­ra­ła. Zaist­nia­ła, ma okład­kę, ma lite­ry, spis tre­ści, roz­dzia­ły, cho­wa w sobie świat i ludzi, robi co może, żeby świet­nie się zapre­zen­to­wać. Tro­chę jak dziec­ko, któ­re­go mat­ka-pisarz nie kocha­ła, więc za wcze­śnie puści­ła je w świat, żeby radzi­ło sobie samo. 

No cho­re, wiem.

Serię ani Wam pole­cam, ani jej Wam nie pole­cam. Zde­cy­duj­cie sami. Mnó­stwo świa­ta histo­rią dziew­czyn się wprost zachwy­ca. Ja się cie­szę, że mam je z gło­wy. Lite­ral­nie.

ZapiszZapisz