dzień świstaka, ustawiczna fatamorgana

Budzę się środkiem nocy, wiem tylko, że śni mi się coś dziwnego. Ledwo patrzę na oczy spod zasypanych piaskiem powiek, ale nie mogę oprzeć się pokusie i sięgam po telefon. Może to znak? Może duchy rzeczywiście istnieją.
Zero nowych wiadomości.
Zero nieodebranych połączeń.
Żadnych powiadomień.

Wybieram numer, choć nie trwa to długo, bo pani automat od razu mi mówi, że abonent ma wyłączony telefon albo nieosiągalny numer, albo że mogę się nagrać i jak mi się poszczęści, to abonent zechce mnie wysłuchać.
Tylko skąd ja mogę wiedzieć, czy ty mnie chcesz słuchać?

Nad ranem śni mi się dokładnie to, co śniło mi się sześć lat temu: jadę autobusem do nieistniejącej krainy i mam godzinę na to, żeby cię z niej uwolnić. Budzę się, gdy tracę nadzieję.

Otwieram niechętnie oczy i chyba jestem smutna. Albo zrezygnowana. Może rozgoryczona. Oddycham pół-oddechem, bo nawet przepona, na półświadome polecenie mojego umysłu, umiera ze strachu razem ze mną. Kot, jak co rano, podchodzi do mnie ostrożnie, zbliża nos do mojego nosa, mierzy mnie srogo żółtym wzrokiem i upewnia się, że to nadal ja, że w nocy nikt mnie nie podmienił.

Macam ręką za telefonem. Odświeżam fejsbuka, szukam istotnych szczegółów, które być może wcześniej pominęłam, czytam cały internet, szukam cię między pikselami, czyli wszędzie tam, gdzie na pewno cię nie ma.
Zero nowych wiadomości.
Zero nieodebranych połączeń.

Jedno powiadomienie z kalendarza o zaległym zleceniu i jedno z fejsbuka, że nadal nic nie wiemy.

Gdy się na coś czeka, życie robimy po łebkach.
Gdy się na kogoś czeka, życie stoi w miejscu.

Dni mijają na zastanawianiu się. Czy ci ciepło, czy ci zimno, czy masz co jeść, czy masz gdzie spać i co masz w głowie.

Błądzę po mieście i przyklejam plakaty w te same miejsca, z których wczoraj mi cię pościągali. Patrzę na ludzi i próbuję rozszyfrować z ich twarzy, czy może coś wiedzą. Łudzę się jak gamoń, że mi za moment wyjdziesz na przeciw.

Co wtedy zrobię? Myślę, że rozpadnę się na tryliard kawałeczków i zaniosę się niekontrolowanym śmiechem. Ewentualnie umrę z ulgi albo utopię się we własnych śpikach.

Nocami desperacko szukam na niebie księżyca, bo może jak się będę na niego gapić odpowiednio długo, to ci wreszcie wskaże jedyną słuszną drogę: do domu.

Nie mogę jeść. Wszystko, co przechodzi mi przez gardło, zatrzymuje się gdzieś na wysokości serca i rozsadza mi klatkę piersiową. Jeśli rzeczywiście jestem tym, o czym myślę, to ostatnio jestem przede wszystkim tobą.

Chciałabym, żeby ktoś mnie upił do zerzygania i ocucił, gdy już wrócisz.

Co nanosekundę bezwiednie sięgam po telefon.
Zero nowych wiadomości.
Zero nieodebranych połączeń.
Żadnych powiadomień.

Wybieram numer, odzywa się poczta głosowa.

Po usłyszeniu sygnału, nagraj wiadomość.
Ding.

Wstrzymuję oddech. Zamieram. Nie wiem, co powiedzieć.

  • Ania [PKNDL]

    Ja też nie wiem co powiedzieć.
    Obawiam się, że się rozczuliłam i powiem nic sensownego. Między pikselami znajduję ostatnio tylko smutek, szablony blogów, których nie potrafię sobie poprawnie wkleić i słabej jakości zdjęcia z kotami.

    A tak poważnie(j) – przeczytałam też tą drugą notkę, którą zalinkowałaś. Masakra, ile to trwa! Nie będę zadawać głupich pytań w stylu czy „policja wie”. Nie będzie też żadnym pocieszeniem, że miałam z moim mężczyzną podobnie, tylko on zniknął na jakieś kilkanaście godzin. Może to wydawać się absurdalne, bo to wcale nie tak długo, a ja nie należę do nagabująco-napastliwych, ale myślałam, że oszaleje ze strachu.

    Jeśli mogę w jakikolwiek sposób pomóc, z udostępnieniem informacji o zaginionym czy cokolwiek – daj znać na priv. Też jestem z Krakowa.

    Ps. No i trafiłam nie w porę, bo chciałam Cię zaprosić do zabawy w tagowanie i opowiadanie o sobie. Jakie to się teraz durne i trywialne w obliczu tej sytuacji wydaje. Może wrócę kiedy indziej, jak już wszystko będzie dobrze i znajdzie się zguba.

    • Wadera

      Zguba się znalazła, przynajmniej tyle wynikło z tego szaleńczego strachu.
      Wiem, że kilkanaście godzin strachu o mężczyznę jest równie paskudne co kilka tygodni. Miałam takich godzin w swoim życiu zdecydowanie zbyt wiele, a i tak za każdym razem jest tak samo. Dziękuję za chęć pomocy i wybacz, że odpisuję Ci dopiero teraz – znajdowałam się w stanie takiej apatii, że nawet nie wiedziałam, jak na ten ludzki odruch zareagować.

      Pobawię się w tagowanie i opowiadanie o sobie, jak tylko obudzę się z zimowego snu :)