do zobaczenia w twojej popapranej wyobraźni

Odbi­jam się od ścian niczym postu­la­ty nie­po­cie­szo­nych kobiet, a jak nie, to szar­pię się jak pie­sek trzy­ma­ny na za krót­kiej smy­czy. Nie ma nic pomię­dzy.

Ostat­nio mam sto­sun­ko­wo mało pra­cy, ale pra­cu­ję pięć razy tyle, w myśl nie­po­boż­nej zasa­dy dosko­na­łe jest lep­sze od zro­bio­ne­go.
W takich chwi­lach wzmo­żo­ne­go wysił­ku umy­sło­we­go do gło­wy przy­cho­dzą mi cha­otycz­ne myśli, że niech szlag tra­fi wspo­mnie­nia, wszyst­ko się roze­szło, i niech szlag tra­fi dowód, zmie­nię w rubrycz­kach co trze­ba, żeby nie zosta­wić za sobą żad­nych śla­dów.

Bo otóż nie. Klient to nie nasz wać-pan. Jesz­cze się taki nie uro­dził, co miał­by być moim panem. I nie prze­ma­wia prze­ze mnie ani prze­bo­jo­wość, ani zło­śli­wość, naj­wy­żej z lotem cza­su gor­li­wie wypra­co­wa­na aser­tyw­ność.

Ale muszę mieć kolej­ne kro­ki do poko­na­nia, szcze­bel­ki do spin­dra­nia, pew­ność, że jesz­cze o dużo rze­czy trze­ba się sta­rać, bo jak się łapię na tym, że jestem dosko­na­le zado­wo­lo­na, speł­nio­na i szczę­śli­wa, to aż mi tchu bra­ku­je ze stra­chu, że zaraz wszyst­ko jeb­nie.

Jak to powie­dział dok­to­rek na jed­nej z lek­cji histo­rii:

Wy, huma­ni­ści, macie prze­sra­ne. Nie dość, że neu­ro­tycz­ni, to jesz­cze bez wyobraź­ni. Co moż­na robić po waszych stu­diach?

A potem dosta­łam poże­gnal­ne­go maila zamknię­te­go w pię­ciu sło­wach i jed­nej semi-sie­rot­ce:

do zoba­cze­nia w two­jej popa­pra­nej wyobraź­ni

I tuż po tym, gdy się z tej wia­do­mo­ści wygrze­ba­łam, a moim cia­łem wstrzą­snął szloch, któ­ry okieł­znać mogą jedy­nie ludz­kie ramio­na, pomy­śla­łam, że co jak co, ale od mojej wyobraź­ni łaska­wie pro­szę się odpier­do­lić.