dlaczego przestałam współ-drwić z Chodakowskiej

ćwiczenia chodakowskiej
Przeczytałam jej profil na fejsbuku i mi się zwyczajnie odmieniło.

Ale po kolei.

Jakieś 1,5 roku temu rozstałam się z chłopakiem i pamiętam, że strasznie mnie to wkurwiło. Wiesz, nie to żebym była zwolenniczką nudnej stagnacji i szeroko rozumianego poukładania na każdej płaszczyźnie życia, ale tamten związek był największą strefą komfortu, jakiej kiedykolwiek zaznałam, a tym rozejściem z dnia na dzień ją sobie odebraliśmy. Obiektywna odpowiedź na ówcześnie najbardziej nurtujące mnie pytanie pt. „dlaczego nam nie wyszło” była taka, że zwyczajnie nam nie wyszło; jebło to jebło, po co roztrząsać. Ale wtedy nie szukałam obiektywnych odpowiedzi tylko subiektywnych winowajców.

Winna byłam ja, bo lubię się przejmować i dramatyzować, i wyżywać w ten sposób na najbliższych, a on był zawsze pod ręką. Winny był on, bo mówił jedno – robił drugie. Winna byłam ja, bo się zapuściłam i widywał mnie najczęściej w dresach i kusej bluzeczce, pod którą praktycznie nie miałam cycków. Winny był on, bo nagle zaczęło mu we mnie przeszkadzać wszystko to, czego sama w sobie nie lubiłam, chociaż nigdy tego przed nim nie ukrywałam. Winni byliśmy oboje, bo nie chciało nam się seksów. Winni byliśmy oboje, bo przestało nam się chcieć cokolwiek. Winni byliśmy oboje, bo nie byliśmy dla siebie, a wmawialiśmy sobie, że jesteśmy. Nikt nie był winny, po prostu się nie dopasowaliśmy.

Nieważne, i tak się wkurwiłam. I musiałam tę złość na coś przekierować. Nie wiem, co mi wtedy strzeliło do łba, ale postanowiłam, że od teraz do usranej śmierci będę ćwiczyć min. 5x w tygodniu. Potrzebowałam nowego punktu zaczepienia dla mojej nijakiej egzystencji. Zrobiłam licencjat, miałam gównianą, choć sympatyczną pracę, bardzo marniutkie oszczędności, życie z dnia na dzień z głową w chmurach i tak dalej. Zero konkretów, żadnych większych celów na tapecie, brak pomysłów na jakiekolwiek zmiany. No to zaczęłam skakać. Za wiele o tym skakaniu nie wiedziałam, więc sięgnęłam po programy, których kiedyś z mniejszą lub większą pasją próbowałam – TurboFire (6 miesięcy), Insanity (3 miesiące), potem doszły regularne treningi boksu (nigdy nie zgadniesz, kogo sobie wizualizowałam naparzając rękawicami w worek treningowy) i coraz bardziej wymyślne zestawy ukochanych przeze mnie interwałów. To z tymi ostatnimi związałam się na śmierć i życie. To one zrobiły ze mnie sympatyczną koksiurkę (def. sympatycznej koksiurki – fajna, kształtna blondi z bardzo delikatnie zarysowanymi mięśniami na całym ciele). I to one prawdopodobnie do reszty wymazały z mojej klatki piersiowej cycki.

[*] Uczcijmy tę uwagę minutą ciszy [*]

Do dzisiaj nie wiem, jak mi się udało aż tak zaprzeć w sobie, że nie odpuściłam ani jednego zaplanowanego treningu. Jeśli wiedziałam, że cały dzień mam zapchany rozmaitymi obowiązkami albo niedajboże randkami (klasyczny przykład kobiety świeżo po rozstaniu – desperacko wręcz przypomina się wszystkim samcom, którzy kiedyśtam byli nią zainteresowani i pakuje się z nadzieją w każde spotkanie, żeby po którymś przekonać się, że nie jest gotowa na randkowanie, a co dopiero nowy związek), to wstawałam o 4, 5 rano i skakałam. Albo kładłam się spać o 2, 3, jeśli trening wpadał mi grubo po północy.

Zyskałam poczucie kontroli nad własnym istnieniem. Ten rozkoszny stan trwał długie, piękne miesiące. Pal licho, że zmieniłam się na zewnątrz – o wiele bardziej cieszyłam się z tego, co działo się ze mną w środku! Coś sobie udowodniłam, okazało się, że jak się zaprę, to mogę być turboprzechujką! Odkrycie na wagę złota, serio, potrzebowałam tego jak jasna cholera.

Frustracja i wszędobylski wkurw wyparowały. I chociaż słusznie tłucze nam się do głowy, że cała magia znajduje się poza strefą komfortu, to w mojej – tej treningowej – zaczęło kwitnąć maleńkie spełnienie. I znowu byłam szczęśliwa. Moja produktywność wskoczyła na najwyższy level. Zmieniłam pracę, komputer i chłopaka. Wykombinowałam sobie od a-z wszystko, czego zamierzam jeszcze w życiu spróbować i ta lista właściwie nie miała końca.

Problem w tym, że tak mnie to moje szczęście uskrzydliło, że przestałam się pilnować. Tak mnie ta moja nowa pewność siebie przytłoczyła, że zaczęłam odpuszczać treningi. Bo wiedziałam, że przecież potrafię się zmusić do ćwiczeń, nawet jeśli niektóre pochłaniają trzy godziny. Wiedziałam, że mogę po prostu wskoczyć w ciuchy treningowe i zacząć. Wiedziałam, że nawet jeśli nie mam czasu, to mogę go ot tak wyczarować, bo robiłam tak z powodzeniem przez ostatnie 18 miesięcy. Wiedziałam, że to wszystko jest w zasięgu moich możliwości i stopniowo zaczęłam odpuszczać.
Im bardziej odpuszczałam, tym bardziej było mi wstyd przed samą sobą. Idąc ulicą, wydawało mi się, że wszyscy wokół gapią się na mnie z pogardą, bo mam na czole napis: „znowu zawaliłam”. Mój entuzjazm był coraz słabszy, zaczęłam sobie wkręcać, że wracam do punktu zero i już nawet nie ma sensu z tym walczyć, bo taka jest najwyraźniej moja natura. W tym stanie pogłębiającej się apatii, od jednego kliknięcia do drugiego, hop sasa, wylądowałam na fanpage’u Chodakowskiej.

Do tej pory najzwyczajniej w świecie nie traktowałam jej poważnie. Dlaczego? Bo naiwnie uległam temu, co media, a wraz z nimi cudaczni hejterzy, nakładli mi do głowy.

 

Nie wiem, ile jej postów przeczytałam, ale na oko będzie z milijon. I z każdym kolejnym uśmiechałam się w ekran monitora z coraz większą sympatią, bo ta dziewucha jest po ludzku fantastyczna. A przy tym – niesłychanie autentyczna. Namówiona przez nią samą postanowiłam na własnej skórze przekonać się o poziomie zaawansowania jej treningów. Zrobiłam w ciągu tygodnia pięć i żaden dostatecznie mnie nie usatysfakcjonował. Ale to wcale nie znaczy, że jej zestawy ogólnie rzecz biorąc są złe, przeciwnie! Dla osób początkujących albo skrajnie leniwych są doskonałą bazą wyjściową i chylę przed Chodakowską czoła, z jaką troską i pieczołowitością potrafi zająć się swoimi świeżynkami. Ja mam za sobą mocno zaawansowane programy, więc to nic dziwnego, że dla mojego zaprawionego już w boju ciała jej ćwiczenia są jak solidna rozgrzewka do dalszych hulanek. Dla mnie to opcja na luźniejsze dni, gdzie mogę je sobie machnąć dla lajtowego potrenowania.

Uroczyście i oficjalnie zwracam Ewie honor, bo do tej pory miałam ją za medialną małpkę od fitnessu. Tymczasem ona, jeśli już, propaguje ukochane przeze mnie interwałki. Jasne, że nie są to te same interwały, do których przywykłam (moje bywają śmiertelne w skutkach albo co najmniej rzygodajne, jeśli przed treningiem bezmyślnie wsunie się jakieś żarełko), ale już sam fakt, że dają komuś po dupie i rysują na jego facjacie gigantycznego banana, jest co najmniej spoko. I jasne, że znajdą się też „eksperci”, którzy z taką samą pasją śmieją się dzisiaj z crossfitowców, co stwierdzą, że Chodakowska jest do niczego, ale ja – sympatyczna koksiurka – od teraz do usranej śmierci będę temu stanowczo zaprzeczać.

Hejterzy lubią jej wytykać, że ciągle się powtarza i na tym powtarzaniu trzepie dużo kasy. Zgodzę się, że się powtarza, bo na jej profilu dzień w dzień jak Amen w pacierzu stoi:

– nie komplikuj sprawy, po prostu zacznij
– czas i tak upłynie
– samo się nie zrobi

Ale nie masz wrażenia, że te trzy pozorne truizmy są uniwersalne? Gdyby te prawdy dotarły do trzewi większości świata, pewnie mielibyśmy na tej planecie nieskończenie szczęśliwych ludzi.

Czepiają się, że jej się poszczęściło, bo zrobiła sobie cycki, a najlepiej to nienawidźmy jej, bo zrobiła sobie cycki. A w ogóle to ma na brzuchu żyły i jak to tak mieć na brzuchu takie żyły, skoro to jest takie fujka!
Nic jej się nie poszczęściło, a nawet jeśli trochę się jej poszczęściło, to niesamowicie temu szczęściu dopomogła swoją własną harówą. Chodakowska wzięła się bowiem z jej ogromniastej PASJI.
Zawsze mnie szokowało, że w XXI wieku jeszcze kogoś dziwi, że jak ktoś ma ochotę zrobić sobie cycki, to idzie i po ludzku robi sobie cycki. Sama bym sobie zrobiła cycki, gdybym nie była taką skąpą dzidą, która panicznie boi się iść pod skalpel.

Tym wszystkim, którzy twierdzą, że wygląda jak babochłop, współczuję hiperwąskiego widzenia świata. A tym, którzy porównują jej twarz do konia – gratuluję wyobraźni. Bo moim skromnym, w dodatku kobiecym i wiecznie zazdrosnym o inne kobiety zdaniem, Ewa jest po prostu śliczna.

Anyway. Więc mam swój pieprzony kryzys i lubię się za to odpuszczanie coraz mniej. Trafiam na profil Ewy, chłonę jej pozytywny przekaz, zwlekam ciężkie dupsko z krzesła i biorę się do roboty. Bo skoro mi mówi, że dam radę, to dam radę. Proste, nie?

Ewa urzeka mnie tym, że traktuje temat holistycznie, czyli dokładnie tak, jak ja to widziałam, gdy po raz pierwszy się wkurwiłam i zaczęłam ćwiczyć. A potem na chwilę o tym zapomniałam. Jej fenomen polega na tym, że codziennie przypomina każdemu kto chce, czy nie chce jej czytać, że nie ma sensu ulegać chwilowym zrywom i presji nadchodzących wakacji, bo w ten sposób najdalej po kilku miesiącach wrócisz do punktu wyjścia, z którego zaczniesz Wielkie Odliczanie do Bóg Wie Czego od nowa. Bez sensu zmieniać się na chwilę, skoro dokładnie od tego momentu, kiedy to postanowisz (polecam moment TERAZ), możesz się stać zajebista NA ZAWSZE. Czy to nie jest jakby doskonała alternatywa?

Jezu, ale się spociłam przy pisaniu tego posta. To co, możemy uznać, że dzisiejszy trening zaliczony?
Ding ding ding!

Nieśmieszny żart prowadzącego.

Uśmiech.