co czytają wilki, czyli lubię ładne książki #4

lubię ładne książki 4

Kto się cie­szy, że zno­wu piszę o czy­ta­niu i cze­mu aku­rat Par­ty­zant­ka?
Wiem, wiem, będę się sma­żyć w lite­rac­kim pie­kle. Na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie dodam, że to prze­cież NIE JA piszę te wszyst­kie świet­ne książ­ki! Ja tyl­ko poda­ję je dalej.

Micha­el Cun­nin­gham — Godzi­ny
Nigdy nie wiem od cze­go zacząć, kie­dy myślę o tej książ­ce. To od niej zaczę­ła się moja nie­koń­czą­ca się dłu­ba­ni­na w twór­czo­ści Vir­gi­nii Woolf i to na niej opar­łam znacz­ną część pra­cy licen­cjac­kiej.
Dla nie­wta­jem­ni­czo­nych — Godzi­ny są ści­śle powią­za­ne z naj­słyn­niej­szą książ­ką V.W., Pani Dal­lo­way, tyle że nie ma tam tak moc­no zaak­cen­to­wa­ne­go stru­mie­nia świa­do­mo­ści i w ogó­le czy­ta się ją jak cie­płą, choć nie­co melan­cho­lij­ną opo­wieść dla kobiet. Tak, melan­cho­lia pasu­ję tutaj jak ulał.
Pole­cam też film o tym samym tytu­le. To jeden z tych nie­wie­lu przy­pad­ków, kie­dy adap­ta­cja wyda­je mi się nie­mal tak samo dobra jak książ­ka.

Michel Schne­ider — Mari­lyn. Ostat­nie sean­se
Czy­tel­ni­cy moje­go nie­ist­nie­ją­ce­go już blo­ga wie­dzą, że mam sła­bość do Mari­lyn Mon­roe. Nie wiem, co takie­go jest w tej dziew­czy­nie, ale odkąd prze­czy­ta­łam na jej temat wszyst­kie dostęp­ne bio­gra­fie i semi-bio­gra­fie, i obej­rza­łam z nią wszyst­kie dostęp­ne fil­my, żału­ję, że nie żyłam w latach pięć­dzie­sią­tych i nie mogłam jej przy­bić na uli­cy piąt­ki. Myślę, że były­by­śmy naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­ka­mi.

Ta książ­ka nie jest kolej­ną bio­gra­fią MM, a jedy­nie powie­ścią opar­tą na wyda­rze­niach z jej życia. Wię­cej tam domy­słów i ponie­sień wyobraź­ni auto­ra, niż fak­tów (któ­rych i tak jak na powieść cał­kiem spo­ro). Te domy­sły i fabu­la­ry­zo­wa­ne wcię­cia pięk­nie się jed­nak z cało­ścią kom­po­nu­ją.

Z zagad­ko­wej śmier­ci Mari­lyn robi się sen­sa­cję do teraz, a mnie i tak naj­bar­dziej prze­ko­nu­je roz­wią­za­nie zapro­po­no­wa­ne przez Donal­da Spo­to — chy­ba naj­rze­tel­niej­sze­go z wszyst­kich bio­gra­fów. Spo­to bowiem utrzy­mu­je, że jej śmierć była wynikiem…przypadku.
Praw­do­po­dob­nie tera­peu­ta Mari­lyn (z któ­rym łączy­ły ją, deli­kat­nie mówiąc, tok­sycz­ne rela­cje) podał jej jakieś­tam leki na uspo­ko­je­nie, nie wie­dząc, że kil­ka godzin wcze­śniej inter­ni­sta też jej coś podał, a kie­dy leki weszły ze sobą w inte­rak­cję, poda­ro­wa­ły bied­nej Mari­lyn zgo­na. Głu­pio tak, c’nie? No głu­pio tak umie­rać. Po szcze­gó­ły odsy­łam do bio­gra­fii Donal­da. Jest ogrom­nia­sta i czy­ta się ją całe wie­ki, ale pasjo­na­tom MM bar­dzo pole­cam.

Milan Kun­de­ra — Nie­zno­śna lek­kość bytu
Wokół tej książ­ki two­rzą się już legen­dy; jed­ni są na sąż­ne TAK, inni są na sąż­ne NIE.
Pierw­szy raz usły­sza­łam o niej na począt­ku liceum. Wra­ca­łam ze star­szą kole­żan­ką z tre­nin­gu i ona nagle rzu­ci­ła, że musi sobie kupić Nie­zno­śną lek­kość bytu. Na moje pyta­nie dla­cze­go? odpo­wie­dzia­ła tyl­ko: no bo…tę książ­kę po pro­stu trze­ba mieć.

Zapo­mnia­łam o niej na dłu­gie lata, a potem ni stąd, ni zowąd, książ­ka wpa­dła mi w ręce. Przy­po­mnia­łam sobie wte­dy sło­wa Kasi i zaczę­łam ją czy­tać.
Jakież było moje zdzi­wie­nie, kie­dy nic się nie wyda­rzy­ło. Nicze­go we mnie nie odmie­ni­ła. Zupeł­nie mnie nie zachwy­ci­ła. Co jest ze mną nie tak?
Potem zno­wu zapo­mnia­łam o tym tytu­le na kolej­ne lata i zno­wu zupeł­nie przy­pad­kiem wytar­ty egzem­plarz zer­k­nął na mnie z pół­ki osie­dlo­wej biblio­te­ki. Książ­kę wzię­łam do domu, zaczę­łam czy­tać i prze­pa­dłam.
Może trze­ba być w odpo­wied­nim momen­cie życia, żeby jej spro­stać. Może trze­ba być w jakim­kol­wiek momen­cie życia, a może trze­ba mieć już coś za sobą. Może trze­ba zmie­nić nasta­wie­nie. A może trze­ba ją tyl­ko prze­czy­tać.
Naj­bar­dziej wzru­szy­ła mnie histo­ria Kare­ni­na. I nie mogę się oprzeć wra­że­niu, że jestem pie­przo­nym Toma­szem z pie­przo­nej Nie­zno­śnej lek­ko­ści bytu.

Dia­ne Set­ter­field — Trzy­na­sta opo­wieść
Nie podo­ba mi się wyda­nie tej powie­ści. Jest wiel­ka, nie­po­ręcz­na i w twar­dej opra­wie. W takim wyda­niu rozu­miem tyl­ko zachwy­ca­ją­ce albu­my i książ­ki kuchar­skie z prze­pi­sa­mi, któ­rych skład­ni­ków nawet nie rozu­miem, a nie powie­ści do prze­czy­ta­nia na raz i do wie­dze­nia.
Sku­sił mnie opis, któ­ry sku­sić mnie nie powi­nien. Stoi tam bowiem jak Ament w pacie­rzu, że kto polu­bił Cień wia­tru, temu spodo­ba się też na pew­no Trzy­na­sta opo­wieść. No bo wie­cie, książ­ka w książ­ce. Któ­ry biblio­fil się oprze?
Pode­szłam do niej nie­uf­nie, ale abso­lut­nie się nie roz­cza­ro­wa­łam. Z Cie­niem wia­tru histo­ria oczy­wi­ście nic wspól­ne­go nie ma, ale ta zewsząd wyzie­ra­ją­ca tajem­ni­czość i nie­do­po­wie­dze­nia two­rzą napraw­dę faj­ny kli­mat, któ­ry sia­da jak zło­to przed spa­niem. Z tego co pamię­tam, koń­ców­ka była satys­fak­cjo­nu­ją­ca. Po prze­czy­ta­niu powie­ści pogła­ska­łam ją po nie­po­ręcz­nym grzbie­cie i się do niej uśmiech­nę­łam (w ten spo­sób wyzna­ję książ­kom uzna­nie albo miłość — przyp. Wade­ry).

Joy­ce Carol Oates — Opo­wieść wdo­wy
Naj­smut­niej­sza książ­ka, jaką w życiu czy­ta­łam. Joy­ce w swój nie­po­wta­rzal­ny i dro­bia­zgo­wy spo­sób opi­su­je pro­ces prze­cho­dze­nia przez okres żało­by po śmier­ci męża, z któ­rym spę­dzi­ła nie­mal pół wie­ku. Musi nauczyć się życia od nowa, a jest to o tyle trud­ne, że przez te lata sto­pi­ła się z mężem w jeden pod­miot. Dotych­czas żad­ne z nich nie bra­ło udzia­łu w życiu bez tego dru­gie­go.

Przy­gnę­bia­ją­ca rzecz, ale lubię się cza­sa­mi tak podo­ło­wać. Wie­cie, kathar­sis i w ogó­le. Pamię­tam, że książ­ki nie prze­czy­ta­łam całej, bo gdzieś w poło­wie posta­no­wi­łam umrzeć ze smut­ku. #tru­esto­ry

Tags