crystal, rainbow, a ten trzeci to indygo, przypomniałam sobie


autoerotyka / niedziela, Lipiec 7th, 2019

inny­mi sło­wy kosmos uję­ty w ramy poezji. Na kacu ścią­ga­my chy­ba z umy­słu dane od tej naj­naj­wyż­szej świa­do­mo­ści. Albo bre­dzę. Że mi wczo­raj jed­nak było mało. Wszyst­kie­go, za wyjąt­kiem alko­ho­lu, któ­re­go, mimo że mało, mia­łam w nad­mia­rze. Albo to już nie te lat­ka, albo to, że piłam na pusty od śnia­da­nia żołą­dek. I tyl­ko ja mam takie przy­go­dy, że na powro­cie umiem zakli­no­wać się w nie­bie­skim śmiet­ni­ku. I tyl­ko ja widzę w ciem­no­ści tak wyraź­nie kolo­ry. Już mi się nawet nie chce prze­pra­szać, że pew­nie zno­wu zro­bi­łam z sie­bie set­ną idiot­kę. Może ja ten pro­gram mam defaul­to­wo wgra­ny w gło­wę. Może muszę być towa­rzy­skim klau­nem, żeby się z samą sobą poczuć lepiej, żeby się mię­dzy innych jakoś natu­ral­nie wblen­do­wać, bo ina­czej to ja bym wszyst­kim robi­ła wykład­nie o nie­stwo­rzo­nych rze­czach i krzy­cza­ła, i tupa­ła jak zezłosz­czo­na dziew­czyn­ka, że ja już do tego puste­go domu nie wra­cam. A ty mi potem trzy­maj wło­sy, kie­dy wymio­tu­ję gril­lo­wa­ną cuki­nią, to prze­cież takie roman­tycz­ne.

wspól­ne rzy­ga­nie jak mało co robi z ludzi wier­nych przy­ja­ciół

Co ja wła­ści­wie wypra­wiam. Już pomi­jam, że zno­wu się nabra­łam na wła­sny osąd i do odświe­że­nia ryja wybra­łam nie­wła­ści­wy odcień, więc przez naj­bliż­sze mie­sią­ce będę wyglą­dać jak nasto­let­ni Emi­nem. Tro­chę nawet żału­ję, że się nie poło­ży­łam w tam­tej tra­wie i nie zasnę­łam, gdy mia­łam na to ocho­tę. A tak dużo chcia­łam ci opo­wie­dzieć. W mojej gło­wie wszyst­ko mia­ło ręce i nogi; w ustach już nie­ste­ty nie. Jestem peł­na lęku, a myśla­łam, że to już daw­no za mną. Nie mogę sobie przy­po­mnieć jak odpu­ścić. Tak jak­bym mia­ła emo­cjo­nal­ną amne­zję.

Ale szłam przez most z nową ener­gią, któ­rą sobie ścią­gnę­łam z jądra księ­ży­ca poprzed­niej nocy. Księ­życ dodał mi otu­chy. Przy­po­mniał mi, że strach nie ma zna­cze­nia, że to tyl­ko czyn­nik hamu­ją­cy, nic kon­struk­tyw­ne­go, psuj ner­wo­wy, ale nic, czym war­to by było zawra­cać sobie gło­wę.

Do póź­na roz­ma­wia­łam z A. o całych tych ostat­nich zawi­ro­wa­niach i nawet powie­dzia­łam, że jeśli depre­sja rze­czy­wi­ście ist­nie­je, to ja w nią w koń­cu wpa­dłam. Nie chcę w to jed­nak wie­rzyć. Nie mogę w to wie­rzyć. A. powie­dzia­ła mi to, co sama już o sobie wie­dzia­łam. Popro­si­łam o znak. Albo o wspar­cie, albo żeby mnie stąd już zabra­no, bo ja chcę do domu. I strasz­nie pła­ka­łam. Zano­si­łam się szlo­chem. Prze­si­le­nie let­nie, prze­si­le­nie wio­sen­nej peł­ni, prze­si­le­nie życia, mnie całej. Pod­da­łam się. Give upnę­łam, nie sur­rend­nę­łam. Więc może jej sło­wa to były moje odpo­wie­dzi na to pła­ka­nie.

Czer­wiec i lipiec mie­sią­ca­mi wewnętrz­ne­go zdro­wie­nia. Od jed­nej peł­ni do dru­giej. Przede wszyst­kim jedze­nie, fizycz­ny śmiet­nik, zaraz potem higie­na umy­słu, a po niej higie­na cia­ła. Dopie­ro z tej pozy­cji, ratu­jąc się od wewnątrz, mogę zro­bić miej­sce na kre­ację. Krok po kro­ku, sło­wo po sło­wie, kre­ska po kre­sce. W innym wypad­ku będę w cią­głej mio­ta­ni­nie, w cią­głej wąt­pli­wo­ści, gdzie i czy w ogó­le, jak i czy jest sens, a odpo­wiedź na to wszyst­ko tok­sycz­na jak tru­ci­zna w moim cie­le — nie ma sen­su, nie opła­ca się, nie ma jak.

Żeby wejść w pole kwan­to­we, w któ­rym moż­li­wy jest każ­dy sce­na­riusz, jaki może zaist­nieć w wyobraź­ni, nale­ży stać się NICZYM. Pozbyć się poję­cia cia­ła, cza­su, mate­rii, ist­nie­nia. Nie moż­na się z niczym utoż­sa­miać, trze­ba stać się czy­stą świa­do­mo­ścią.

Kala ma się dobrze, ale w odosob­nie­niu. Oska­ri­na to alter­na­tyw­ny uni­wers. Teraz pochła­nia mnie Nie mów­cie, że nie mamy nicze­go, ale jak­by mi przy­szło odpo­wie­dzieć na pyta­nie dla­cze­go, to nie umia­ła­bym. To chy­ba przez to melo­dyj­ne snu­cie róż­nych histo­rii. Cała opo­wieść jest jak sym­fo­nia. Nie­waż­ne co, słu­cham, bo pięk­ne. Nie­waż­ne co, czy­tam, bo pięk­ne.

Histo­ria wymy­ka się kla­sycz­nym sche­ma­tom, a jed­nak pochła­nia bez resz­ty. Nie prze­szka­dza mi nawet, że kon­tekst cało­ści jest mi zupeł­nie nie­zna­ny, a bałam się, że to zakłó­ci odbiór lek­tu­ry. I nie prze­szka­dza mi, że przede mną jesz­cze ok. 600 s. czy­ta­nia. Potrze­bo­wa­łam cze­goś takie­go.

Nie to, żeby mi się uśmie­cha­ło wiać tan­det­ną poezją, co to, co nie. Mia­łam tro­chę wyż­sze aspi­ra­cje, ale roz­to­pi­ły się jak bał­wan, zasko­czo­ny nagłym ata­kiem lata. Nie ma we mnie już nic z praw­dzi­wej poezji, ale jesz­cze mniej jest we mnie z pro­zy.

Za tą całą kur­ty­ną słów stoi tak wła­ści­wie tyl­ko jed­na proś­ba:

powiedz, że mię­dzy nami wszyst­ko OK.