cisza jest we mnie


autoerotyka / poniedziałek, Czerwiec 10th, 2019

Powie­trze jak cie­pły oddech; gdy­by nie pot, któ­ry wyła­zi z każ­de­go pora skó­ry, ta świa­do­mość może nawet doda­wa­ła­by otu­chy.
Wra­cam z pra­cy roz­cza­ro­wa­na, że zno­wu nie uda­ło się wyjść o-cza­sie.
Po-cza­sie jest już za póź­no, żeby móc się po-pra­cą nacie­szyć. Zaraz jest wie­czór, a potem noc, a potem spać, a rano zno­wu to samo.
W tych jasnych prze­bły­skach, gdy cisza jest we mnie i mogę wyłą­czyć myśle­nie, by w jego miej­sce wsta­wić marze­nie, ucie­kam z roz­ko­szą do chwil, któ­rych jesz­cze nie ma. To zna­czy są, w jakiejś alter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści, do któ­rej zbli­ża­ją mnie codzien­ne, led­wo dostrze­gal­ne decy­zje. Ale nama­cal­nie jesz­cze ich nie ma, jesz­cze do nich wycią­gam ręce, jesz­cze tęsk­nię. Tam za zasło­na­mi wyobraź­ni jest otwar­te na hory­zont okno i tań­czą­ca do żywe­go wia­tru firan­ka. Sły­szę szum fal, tyl­ko nie mogę się zde­cy­do­wać czy to morze, czy oce­an. Zado­wo­li­ła­bym się nawet bajor­kiem. Nawet jak widzę kału­żę to coś mnie chwy­ta za ser­ce, cho­ciaż nie mam na to żad­ne­go uspra­wie­dli­wie­nia. Bo niby mnie chwy­ta, ale co? Nie potra­fię tego dokład­nie nazwać. Nie umiem nie­któ­rych uczuć nazy­wać, a chcia­ła­bym, bo to podob­no od tego moż­na zacząć pra­cę nad sobą. Dosyć logicz­ne. Ale poza zasię­giem moje­go pozna­nia.

Czy­tam o tym, jak Agne­ta Ple­ijel w latach 60., żeby „popi­sać” musia­ła wynaj­mo­wać z lom­bar­du maszy­nę do pisa­nia i to było na porząd­ku dzien­nym, zupeł­nie nor­mal­ne, wręcz luk­sus, że finan­so­wo mogła sobie na to pozwo­lić. I jestem ocza­ro­wa­na. Dzi­siaj, pra­wie dru­gie lat tyle póź­niej, mamy kom­pu­te­ry na wycią­gnię­cie pal­ców i inne fiku­śne nośni­ki, a zamiast pisać, siąść i popi­sać, to się do tego popi­sy­wa­nia w nie­skoń­czo­ność przy­mie­rza­my. To cie­ka­we, że gdy jest trud­niej, to mamy ocho­tę się bar­dziej sta­rać; a im pro­ściej, tym nie mamy na to ocho­ty pra­wie wca­le. Nie wspo­mi­na­jąc o dzi­siej­szych edy­to­rach tek­sto­wych, w któ­rych ot tak, z dnia na dzień, może­my sobie zło­żyć naszą wła­sną książ­kę.

Zachwy­ca mnie cudza prze­szłość; moja już nie tak bar­dzo. Zachwy­ca mnie, jak ktoś ma jasny cel, nie­waż­ne jak głu­pi czy nie­re­al­ny, i resz­ta jego makro­ko­smo­su prze­sta­je ist­nieć. Bo jest cel. Ja mam cel, ale zanim zro­bię cel, to muszę zro­bić wszyst­ko inne, co zaj­mu­je wię­cej cza­su niż jeden bied­ny cel, a to spra­wia, że cho­dzę, mio­tam się i jestem nie­spo­koj­na.

Cza­sem łapię się na tym, że jestem czę­ścią jakie­goś kra­jo­bra­zu albo sce­ny wycię­tej jak­by pro­sto z Insta­gra­ma. I dopie­ro po kil­ku chwi­lach zauwa­żam ze zdzi­wie­niem, że ojej, oser­dusz­ko­wa­łam z zachwy­tem iden­tycz­ne zdję­cie, a gdy to prze­ży­wam, to już mnie tak nie zachwy­ca. Dla­cze­go? I jesz­cze, że cza­sa­mi jestem obrzy­dli­we szczę­śli­wa w sytu­acjach, któ­re na Insta­gra­ma nie paso­wa­ły­by wca­le. Świa­tło nie to, sła­be nasy­ce­nie kolo­rów, nie­na­tu­ral­nie powy­krzy­wia­ne twa­rze roze­śmia­nych ludzi (moja powy­krzy­wia­na ze śmie­chu na wszyst­kie stro­ny świa­ta twarz). Więc gdzie jest to szczę­ście? Jako papier­ni­czo­na umie­ram z zachwy­tu nad zdję­cia­mi zeszy­tów, piśmi­deł, edy­to­rów tek­sto­wych, kom­pu­te­rów, kla­wia­tur, maszyn do pisa­nia. Wiesz ile razy zasta­łam w swo­im poko­ju widok roz­grze­ba­nych notat­ni­ków, nota­tek, luź­nych, urwa­nych zapi­sków, maleń­kich inspi­ra­cji? Milion. 28 lat życia pomno­żo­ne razy każ­dą minu­tę, za wyjąt­kiem tych krót­kich chwil, gdy jako trzy­lat­ka byłam zbyt pochło­nię­ta roz­sy­py­wa­niem w kuch­ni bia­łej mąki, bo w śnie­gu cho­dzi prze­cież tyl­ko o kolor. A ile z tych razy czu­łam zachwyt choć­by deli­kat­nie zbli­żo­ny do tego, któ­ry mam na widok zamro­żo­ne­go w hyg­ge-chwi­li kadru? Mniej wię­cej zero. Róż­ni­ca pole­ga na tym, że do tych zdjęć z Insta­gra­ma samo­ist­nie i bez­wied­nie dokła­dam sobie jakąś histo­rię. W praw­dzi­wym życiu to ja jestem tą histo­rią i wca­le nie jestem z niej zado­wo­lo­na. Więc gdzie jest szczę­ście?

Na przy­kład teraz sie­dzę w moim poko­iku na drze­wie, w kącie pali się żół­te świa­tło, poświa­ta jest przy­tul­na, może nawet roman­tycz­na, po mojej pra­wi­cy gęsto zapi­sa­ny notat­nik ze sło­wa­mi, któ­re wła­śnie prze­pi­su­ję; po mojej lewi­cy ulu­bio­ny w całym kosmo­sie kot, chło­dzą­cy pysz­czek w obwiesz­cza­ją­cych burzę podmu­chach wia­tru. Firan­ka łasko­cze mnie po kar­ku, pta­ki nie mogą się ze sobą naga­dać, z dzie­dziń­co­we­go ogród­ka pach­nie moc­no bzem. Jed­ną nogę mam na biur­ku, bo tak się jakoś wygod­niej pisze.

Cisza jest we mnie, ale sau­da­de też jest we mnie.

Czy szczę­ście jest teraz?