chcę ci powiedzieć, że jeszcze nie wszystko stracone

nie wszystko stracone

Daw­no tego nie robi­łam, czu­ję się jak dzie­wi­ca. Nie pamię­tam, kie­dy ostat­nio pod­su­mo­wy­wa­łam swo­je życie, a co dopie­ro minio­ny rok. Boję się, że wstę­pu­ję na zaka­za­ny teren moje­go umy­słu i za chwi­lę zosta­nę rażo­na prą­dem. Ale zary­zy­ku­ję.

Minio­ny rok był inny. Już sam ten fakt kwa­li­fi­ku­je go do kate­go­rii „inte­re­su­ją­cy”.

Sty­czeń zaczął się od zako­cha­ne­go w sobie żoł­nie­rza, co uczy­nił mi tę łaskę i ochrzcił się mia­nem „moje­go męż­czy­zny”. Na co dzień trak­to­wał mnie jak gów­no i pró­bo­wał prze­prać mi mózg swo­imi war­to­ścia­mi, któ­re na dobrą spra­wę żad­nej war­to­ści nie mia­ły, ale ja nie bra­łam go serio, więc macha­łam tyl­ko na te incy­den­ty obo­jęt­nie ręką. Miar­ka się prze­bra­ła, gdy użył prze­ciw­ko mnie siły. To zapew­ne wte­dy prze­szłam w jego histo­rii do legen­dy, bo byłam pierw­szą kobie­tą, któ­ra ośmie­li­ła się kop­nąć go w dupę i z dnia na dzień odejść.

Ponie­waż męż­czyź­ni minio­ne­go roku zasłu­gu­ją na odręb­ny kawa­łek edy­to­ra tek­sto­we­go, przej­dę do rze­czy mniej spek­ta­ku­lar­nych.

Chcąc nie­chcąc odcię­łam się od pra­cy, któ­ra z jed­nej stro­ny trzy­ma­ła mnie w mar­twym punk­cie i led­wo pozwa­la­ła mi prze­żyć, a z dru­giej pod­su­nę­ła mi ludzi, któ­rzy każ­de­go dnia napa­wa­li mnie nowym opty­mi­zmem. Roz­sta­li­śmy się wszy­scy z dnia na dzień, ale poczu­łam wte­dy nie­opi­sa­ną ulgę. Czu­łam, że muszę stam­tąd ucie­kać, jed­nak nie mia­łam w sobie tyle siły, by uczy­nić pierw­szy krok. Zawsze będę im wdzięcz­na za to, że uczy­ni­li go za mnie i w ten spo­sób roz­wi­nę­li mi skrzy­dła.
Stan kon­ta dawał mi do zro­zu­mie­nia, że mam okrą­gły mie­siąc na wykom­bi­no­wa­nie co dalej. W pierw­szym tygo­dniu toczy­ła się we mnie burza. Poroz­kła­da­łam po całym poko­ju książ­ki, zeszy­ty, kolo­ro­we pisa­ki i bazgra­łam po tym wszyst­kim tak dłu­go, aż usta­li­łam wresz­cie swo­je życio­we prio­ry­te­ty. Zawsze mia­łam pro­blem z podej­mo­wa­niem decy­zji, a jed­no­cze­śnie wie­dzia­łam, że jeśli zamie­rzam ruszyć do przo­du, muszę dowie­dzieć się, cze­go tak napraw­dę chcę. Burza moje­go uśpio­ne­go mózgu wyge­ne­ro­wa­ła gigan­tycz­ny pla­kat na całą ścia­nę z dokład­ną roz­pi­ską co, jak, gdzie, kie­dy, po co i dla­cze­go. Po pra­wie czte­rech dobach bez snu byłam skraj­nie wyczer­pa­na i rów­nie moc­no szczę­śli­wa. Momen­ta­mi śmia­łam się do sie­bie tak gło­śno, że w oczach świe­ci­ły mi się kur­wi­ki nie­opi­sa­ne­go wzru­sze­nia. Para­dok­sal­nie, to nie była ozna­ka sza­leń­stwa, a wewnętrz­nej rów­no­wa­gi, któ­rej szu­ka­łam w sobie od cza­sów liceum. Obie­ca­łam sobie, że tym razem nie znaj­dę byle jakiej pra­cy, któ­ra tyl­ko pozwo­li mi prze­żyć, ale że będzie to pra­ca zbli­ża­ją­ca mnie cho­ciaż o kro­czek do moje­go zawo­do­we­go celu. Pra­ca, któ­ra mi kupi kom­pu­ter do jesz­cze lep­szej pra­cy. Pra­ca, któ­ra zapew­ni mi względ­ny spo­kój finan­so­wy i pozwo­li mi roz­wi­jać się po godzi­nach na wła­sną rękę.

Potem wzię­łam się do robo­ty. Dwa dni ślę­cza­łam nad aktu­ali­za­cją swo­je­go nija­kie­go CV. Trzy dni póź­niej zapro­szo­no mnie na roz­mo­wę kwa­li­fi­ka­cyj­ną, bo „spodo­ba­ło mi się pani CV”. Posta­wi­łam wszyst­ko na jed­ną kar­tę i dosta­łam pra­cę w wydaw­nic­twie.

[def. Pra­cy W Wydaw­nic­twiespeł­nie­nie moich kie­run­ko­wych marzeń, wiel­ka szan­sa na lep­szy byt, hory­zon­tal­nie posze­rzo­ne ścież­ki karie­ry oraz per­li­sty śmiech moje­go współ­pra­cow­ni­ka, któ­ry na te hasła puka się w czo­ło i z poli­to­wa­niem zwra­ca do mnie sło­wa­mi: „tyś widzioł pra­cę w wydaw­nic­twie…”.] Widzioł i nie żału­ję. Zara­biam ponad dwa razy wię­cej niż w roku poprzed­nim, mam nowy kom­pu­ter, nowe­go przy­ja­cie­la i czas na robie­nie swo­ich rze­czy. Mogło być lepiej. Ale mogło być też znacz­nie, znacz­nie gorzej.

Lato było cza­sem kla­ro­wa­nia się wil­ków. Jeden wilk odszedł, dru­gi do nas wró­cił, trze­ci poja­wił się zni­kąd. Potem nastą­pi­ła reu­nia z moim bra­tem, któ­ry po pra­wie dzie­się­ciu latach mil­cze­nia zaczął wysy­łać mi smsy zaczy­na­ją­ce się od nie­po­ko­ją­cych słów: „sio­strzycz­ko, ale kochasz bra­ta, praw­da???”. Oka­za­ło się, że chce mnie wma­new­ro­wać w bycie świad­kiem na jego ślu­bie. Wma­new­ro­wał mnie sku­tecz­nie i było to naj­bar­dziej wzru­sza­ją­ce Rodzin­ne Coś, co spo­tka­ło mnie w całym moim życiu. Z jakie­goś nie­zro­zu­mia­łe­go dla mnie powo­du to naj­po­czyt­niej­szy post tego blo­ga; możesz go prze­czy­tać tutaj.

Prze­łom jesie­ni i zimy w mojej gło­wie stał pod zna­kiem młod­szej kuzyn­ki, któ­rą cze­ka­ła poważ­na ope­ra­cja mózgu. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie dowie­dzia­łam się, że inna kuzyn­ka zaszła w cią­żę i nie mogłam opę­dzić się od cho­rych myśli, że jed­no dziec­ko w rodzi­nie musi umrzeć po to, by mogło naro­dzić się dru­gie. Czło­wiek ze stra­chu roi sobie w gło­wie same nie­do­rzecz­no­ści. Ope­ra­cja Mar­ty pięk­nie się uda­ła, a ja wte­dy przy­po­mnia­łam sobie, co to tak napraw­dę zna­czy pła­kać ze szczę­ścia.

W mię­dzy­cza­sie nauczy­łam się słu­chać sie­bie i swo­je­go cia­ła. Pogo­dzi­łam się z samą sobą i osią­gnę­łam pierw­szy sto­pień wewnętrz­nej rów­no­wa­gi. Medy­to­wa­łam, odga­nia­łam trud­ne myśli, narze­ka­łam, zło­ści­łam się, potem śmia­łam się jak dziec­ko z bzdur. Pozna­łam cie­płych ludzi oraz takich, któ­rych nawet w tym momen­cie mam ocho­tę zadźgać tępym ołów­kiem. Prze­czy­ta­łam war­to­ścio­we i total­nie bez­war­to­ścio­we rze­czy, obej­rza­łam spo­ro mar­nych fil­mów. Piłam piwo nad Wisłą, a potem tań­czy­łam z Góra­lem w dżun­gli nie­na­sy­co­nych homo­sek­su­ali­stów i była to jed­na z lep­szych imprez moje­go życia.

Nie wiem, cze­go tak bar­dzo się bałam. Może na pierw­szy rzut oka wyda­wa­ło mi się, że tam nic nie było. Że minio­ny rok muszę spi­sać na stra­ty, że nic nie osią­gnę­łam, nic się nie zmie­ni­ło, nicze­go się nie nauczy­łam. Prze­ciw­nie. Wsko­czy­łam na wyż­szy level, z któ­re­go roz­cią­ga się widok na szer­sze per­spek­ty­wy.

W tym roku chcia­ła­bym pójść o krok dalej i nie­śmia­ło zaży­czyć sobie podró­ży. Naj­pierw wgłąb sie­bie, a potem wgłąb nie­zba­da­ne­go świa­ta. Śla­da­mi wil­ków i innych zwie­rząt, przy­ja­ciół i wro­gów, jawy i snu.