o pięciu książkach, które złamały mi serce

o książkach
 Jako prosta (żeby nie powiedzieć wręcz prostacka) Wadera jestem idealnym targetem dla działaczy marketingowych, zwłaszcza w zakresie filmu i literatury. Co tu dużo gadać, wystarczy mi wmówić, że jeszcze nigdy nie oglądałam tak fantastycznie skrojonej fabuły albo nie czytałam książki z tak wyrazistymi postaciami, albo że po zapoznaniu się z daną historią nie będę w stanie się pozbierać przez miesiąc i od razu polecę z wywieszonym jęzorem do kina czy biblioteki, żeby na własnej skórze się o tym przekonać. Szukam oczyszczenia i nirwany gdzie popadnie. Niestety, weryfikacja moich poszukiwań często-gęsto odbija się z wielkim łoskotem od ściany rzeczywistości, a potem jeszcze długo liżę swoje rany i czuję się bestialsko oszukana. Zabiorę Cię teraz w długą i zawiłą podróż po katakumbach mojego wilczego serca i opowiem co nieco o pięciu połkniętych książkach, które do dziś stoją mi kołkiem w gardle i zostawiają na języku gorzki posmak rozczarowania.

#czytajdalej

listy do Oriany Fallaci

listy do Oriany Fallaci
Pierwszy raz od niepamiętamkiedy obudziłam się z ulgą i wielkim zdziwieniem, że dożyłam jutra.
To niby nie takie trudne, ale w moim życiu bywają noce, kiedy z powodu bólu jestem gotowa się oddać i poddać nawet Śmierci. To taki rzadki moment, kiedy jestem słaba i podatna na zranienia. W noce jak te lubię być sama. Bo nikt nie powinien widzieć wilka z odsłoniętymi ranami.

#czytajdalej

pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty

Są na tym świecie trzy kobiety, które od zawsze mnie fascynowały: Marilyn Monroe, Virginia Woolf i Marina Abramović*. Łączą w sobie trzy cechy, które moim skromnym zdaniem stanowią pełnię kobiety – piękno, intelekt i artyzm łamany przez popapraństwo. Masz racje, powyższa opinia jawnie zdemaskowała moją płytkość widzenia świata, ale to tylko ja – mnie się takie rzeczy wybacza. 

#czytajdalej

dlaczego przestałam współ-drwić z Chodakowskiej

ćwiczenia chodakowskiej
Przeczytałam jej profil na fejsbuku i mi się zwyczajnie odmieniło.

Ale po kolei.

Jakieś 1,5 roku temu rozstałam się z chłopakiem i pamiętam, że strasznie mnie to wkurwiło. Wiesz, nie to żebym była zwolenniczką nudnej stagnacji i szeroko rozumianego poukładania na każdej płaszczyźnie życia, ale tamten związek był największą strefą komfortu, jakiej kiedykolwiek zaznałam, a tym rozejściem z dnia na dzień ją sobie odebraliśmy. Obiektywna odpowiedź na ówcześnie najbardziej nurtujące mnie pytanie pt. „dlaczego nam nie wyszło” była taka, że zwyczajnie nam nie wyszło; jebło to jebło, po co roztrząsać. Ale wtedy nie szukałam obiektywnych odpowiedzi tylko subiektywnych winowajców.

#czytajdalej