dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony*

A pamię­tasz, jak sie­dzie­li­śmy do póź­na i roz­wo­dzi­li­śmy się nad bez­sen­sow­no­ścią domnie­my­wań na tema­ty poli­ty­ki i ist­nie­nia? Jak prze­pi­ja­li­śmy wód­kę piwem bez żad­nych fizycz­nych ani psy­chicz­nych kon­se­kwen­cji i budzi­li­śmy się rano wśród obcych ludzi? Ludzi, któ­rzy — choć obcy i nowi — w tych krót­kich momen­tach byli nam naj­bliż­si?

#czy­taj­da­lej

gwałcę replay jak Reksio szarpie szynkę od Zbyszka 3 cytryny

Sie­dzi­my kul­tu­ral­nie w Sto­wa­rzy­sze­niu Gmin i Powia­tów Mało­pol­ski na Grodz­kiej i w skrom­nym kółecz­ku roz­pra­wia­my na temat Kal­kwer­ku, pró­bu­jąc zin­ter­pre­to­wać m. in. rysu­nek na ścia­nie poja­wia­ją­cy się w któ­rejś­tam godzi­nie spek­ta­klu i wymie­nia­jąc się suge­styw­ny­mi komen­ta­rza­mi, że ten pan pro­fe­sor, któ­ry nie chce wpu­ścić Kon­ra­da do środ­ka, w życiu pry­wat­nym jest oso­bą pry­wat­ną same­go Kry­stia­na Lupy.

#czy­taj­da­lej

wszyscy mamy swoją banię

Do śnia­da­nia, tuż przed siód­mą rano, musi być kawa, zie­lo­na her­ba­ta i musu­ją­ca mul­ti­wi­ta­mi­na roz­pusz­czo­na w let­niej wodzie. Hiper­na­wod­nio­na pod­łą­czam uszy do swo­je­go tele­fo­nu i syn­chro­ni­zu­ję się z odświe­żo­ną play­li­stą na spotify’u.
Wycho­dzę z klat­ki i machi­nal­nie kie­ru­ję gło­wę na pół­noc­ny-zachód naprze­ciw­le­głe­go blo­ku, pró­bu­jąc doj­rzeć jakiej­ko­wiek for­my życia za zasło­nię­tym nie­bie­ski­mi role­ta­mi oknem. Po ułam­ku sekun­dy przy­po­mi­nam sobie, że cała prze­szłość już daw­no z tego okna ule­cia­ła, a we mnie zamiast wspo­mnień tli się — z jakie­goś powo­du wciąż żywy i wyczu­wal­ny na języ­ku — nie­smak (bo dla­cze­go coś tak ludz­kie­go i ład­ne­go koń­czyć tak nie­ludz­ko i nie­ład­nie?).

#czy­taj­da­lej

w poszukiwaniu wytrąconej kobiecości

Wra­ca­łam do domu zyg­za­kiem, nie­pew­nie sta­wia­jąc kro­ki, a w płasz­czu mia­łam źle zapię­ty guzik. Całą dro­gę myśla­łam tyl­ko o tym, że jeśli zaraz nie wybuch­nę pła­czem, to umrę i żad­na siła ludz­ka czy z kosmo­su nie zdo­ła mnie ponow­nie wskrze­sić. Nie byłam smut­na. Nie byłam roz­cza­ro­wa­na. I nic mnie nie bola­ło.

Jak to szło?

a zawsze tak jest, że miłość nie zna swej głę­bi aż do momen­tu roz­sta­nia

#czy­taj­da­lej

kochany pamiętniczku

kochany pamiętniczku
Wcho­dzę do two­je­go domu z pust­ką w środ­ku. Dzi­siaj to ja zaj­mu­ję się psem. Mówi­łeś, że zawsze mogę tam przyjść, jeśli poczu­ję się niczy­ja. Pie­seł z rado­ści na mój widok nie­mal­że zwa­la mnie z nóg, bo moja oso­ba jest jedy­nym, co go łączy z two­ją nie­obec­no­ścią. Może myśli, że sko­ro jestem ja, za moment do domu wej­dziesz i ty. Mer­da ogo­nem i patrzy z rado­snym ocze­ki­wa­niem na drzwi. Jego spoj­rze­nie jest tak prze­ko­ny­wu­ją­ce, że przez chwi­lę nawet ja łapię się tej złud­nej nadziei.

#czy­taj­da­lej