boję się, że kiedyś stanę się słabą kobietą

To jest na swój spo­sób bar­dzo uro­cze, gdy męż­czyź­ni przy­po­mi­na­ją sobie o mnie w chwi­li, gdy im coś w życiu nie wycho­dzi i cze­ka­ją, nie bacząc na to, co u mnie, aż przy­bie­gnę do nich jak pie­sek z wywie­szo­nym jęzor­kiem.

Jesz­cze bar­dziej uro­cza jest ich mina, gdy jed­nak nie przy­bie­gam.
Wte­dy na hur­ra milk­ną. Nie odpi­su­ją. Nie zwra­ca­ją uwa­gi. Obo­jęt­nie­ją.

Może­my sobie bar­dziej niż zwy­kle kwie­ci­stym języ­kiem opo­wia­dać, jak życie, jak pra­ca, jak gło­wa… ale złud­ne nadzie­je, że od nasze­go ostat­nie­go spo­tka­nia ja żad­ne­go życia nie mia­łam, bo byłam zbyt zaję­ta wpa­try­wa­niem się w drzwi w ocze­ki­wa­niu na wasze powro­ty, jest chy­ba deli­kat­nie, jak­by to powie­dzieć, nie na miej­scu (nie powiem, że śmiesz­na, bo jesz­cze komuś zro­bi się przy­kro).

Strasz­nie mnie zasta­na­wia, czy i kie­dy dałam im do zro­zu­mie­nia, że jestem na każ­de ich oka­zyj­ne gwizd­nię­cie.

Ale nie powiem, boję się, że kie­dyś sta­nę się taką sła­bą kobie­tą. Któ­ra tre­nu­je zawo­do­wo bieg na krót­ki dystans od jed­ne­go męż­czy­zny do dru­gie­go i to tyl­ko dla­te­go, że ten aku­rat dzi­siaj ma dla niej dzień miło­sier­dzia.

To dobry temat na noc­ny kosz­mar. Strzel­cie mi w łeb, jak wyj­dzie, że tak mi się sta­ło.

Aga­ta, fan­fa­ry, chy­ba się docze­ka­łaś. Wycho­dzi na to, że jed­nak jestem femi­nist­ką i naj­wyż­sza pora, żebym nazwa­ła to zja­wi­sko po imie­niu.

Powyż­sze duma­nie za wie­le jed­nak wspól­ne­go nie ma z tą kon­sta­ta­cją.
Tak tyl­ko mówię, żebyś od teraz mogła spać snem spo­koj­nym.