#1. od A do ZEN. A może by tak posłuchać ciszy?

od A do ZEN

W gimnazjum moja nauczycielka muzyki zadała nam dziwne pytanie. Zapytała, jaki dźwięk lubimy najbardziej, a jaki dźwięk najbardziej nas wkurza.

 Pamiętam, że to był początek roku, więc większość moich kolegów i koleżanek wychodziła z siebie, żeby przypomnieć sobie wszystkie poznane melodie z zeszłego roku, którymi teraz mogliby zaplusować u nauczycielki. Wymieniali Bachów, Mozartów, Chopinów, a nawet Dworzaków. Jeden wspaniałomyślnie wspomniał o Czajkowskim. Kiedy kolejna osoba z rzędu powtarzała, jak bardzo lubi uczyć się do kartkówek przy wtórach chopinowskich nokturnów, pani Kasia przewróciła oczami i lekko zirytowana poprosiła, żebyśmy się wysilili i odpowiedzieli jej szczerze.
I wtedy koledzy zaczęli nieśmiało przebąkiwać o swoich ulubionych zespołach, o deszczu bębniącym o parapet, o równostajnym dźwięku pociągu sunącego po torach kolejowych. Wspominali znienawidzone melodyjki budzików, dzwoniących w dni powszednie zawsze o kilka godzin za wcześnie. Paznokcie ślizgające się po szkolnej tablicy. Kredę łamiącą się na chodniku, denerwujące popiskiwania świnek morskich i skrzypiący styropian.

Tamtego dnia czułam się bardzo poszkodowana, bo siedziałam w ostatniej ławce i moi poprzednicy zdążyli się już zwierzyć ze wszystkich genialnych pomysłów z dźwiękiem. Nie miałam wyjścia, musiałam powiedzieć prawdę:

– Nie znoszę, kiedy dookoła mnie panuje chaos i hałas, bo zawsze mi się wydaje, że tracę wtedy nad moim światem kontrolę, za to uwielbiam ten moment, kiedy udaje mi się z tego hałasu wydostać i zalewa mnie fala niczym niezmąconej ciszy.

Moje poszukiwania ciszy trwają nieprzerwanie od lat dziecięcych. W rodzinie uchodziłam za dziecko, którego nie ma (dokładnie w tych słowach). Jeśli spędzałam całe dnie u dziadków, jedno z nich zaglądało od czasu do czasu do pokoju, żeby sprawdzić, czy naprawdę tam jestem. Panie ze świetlicy na pytanie mojej matki, czy dobrze się sprawowałam, zawsze odpowiadały, że całymi godzinami siedziałam w kącie i czekałam.
Wtedy szczególnie cichemu i spokojnemu dziecku, które nie miało zbyt wielkiej potrzeby wchodzenia w interakcje z innymi ludźmi, nie przyklejało się od razu etykietki z Aspergerem, więc mogłam bez strachu i większych interwencji oddawać się w nieskończoność swoim kontemplacjom.

W miarę jak stawałam się starsza i poznawałam więcej hałaśliwych dzieciaków, sama stałam się hałaśliwa. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że całą podstawówkę i gimnazjum albo plotkowałam z koleżankami na korytarzach, albo gadałam z nimi o jakichś strasznie strasznych głupotach. Zawsze trzymałam się kroczek z boku, ale zatraciłam tę swoją pierwotną potrzebę tkwienia w lekkim oderwaniu od rzeczywistości. Przypomniałam sobie o niej dopiero w liceum.
W liceum bowiem po raz pierwszy starłam się z medytacją, a potem z buddyzmem.

Tak medytacja, jak i buddyzm, są tematem-rzeką, a ja żadnego nie zgłębiłam na tyle dobrze, żeby móc się o nich fachowo wypowiadać. Jestem krypto-buddystką, semi-buddystką, trochę-buddystką. Jestem Lena. Idę za intuicją. Zawszę idę za intuicją.
Medytacja jest dla mnie tym, czym było dla mnie siedzenie całymi godzinami po cichu w zerówkowej świetlicy – ukojeniem, a buddyzm to zbiór narzędzi, którymi pracuję nad swoim umysłem.

To nie tak, że nagle postanowiłam rzucić wszystko, ogolić się na łyso, wyruszyć na pustynię i osiągnąć nirwanę, stapiając się z piaskiem.
Byłam hałaśliwa, umawiałam się z ludźmi, niektórzy z nich mieszali mi w głowie, a jeszcze inni puszczali coraz głośniejszą muzykę. Piłam alkohol, chichotałam bez sensu, bawiłam się w bulimię, anoreksję i znowu w bulimię. Miotałam swoim ciałem i umysłem, płakałam i przegryzałam to wszystko niepokojem. A potem wracałam do domu i gdy już naprawdę nie wiedziałam, co robić, mówiłam sobie: „dobra, dosyć tego pieprzenia, siadaj na dupie i milcz”. I tylko wtedy byłam w stanie się ze sobą pogodzić.

Od kilku lat wdrażam w swoje życie filozofię maksymalnego upraszczania mojej codzienności. Tę właśnie filozofię nazywam roboczo stanem ZEN i o tym chciałabym Ci tutaj co nieco opowiedzieć. Dzięki poznanym i stosowanym przez te wszystkie lata technikom fizycznego i psychicznego minimalizmu, mogę z czystym sumieniem przyznać, że moje życie stało się tak po prostu lepsze. Prostsze w obsłudze, przyjemniejsze w odbiorze i bardziej ekscytujące na co dzień.

Nie bój się, nie zamierzam tłumaczyć Ci, jak żyć. Ja nawet nie wiem.
Z racji swojej temperamentnej i niekiedy lekkomyślnej natury wciąż popełniam więcej błędów, niż to konieczne, ale hej, ja naprawdę wierzę, że kiedyś w końcu napiję się wódki z tym mega mądrym człowiekiem, który oznajmił światu, że mniej tak serio-serio znaczy więcej.

Jeśli chcesz razem ze mną wziąć udział w tej eksperymentalnej przygodzie, mam dla Ciebie pierwsze poważne zadanie.

Usiądź dzisiaj gdzieś, gdzie jest Ci fajnie i
tak
po prostu
tam…

…bądź.

PS.: Nie zaszkodzi, jeśli w trakcie wykonywania zadania będziesz się do siebie głupkowato uśmiechała. Dopóki jest Ci dobrze, wszystko jest OK. Podejmujesz wyzwanie?

  • Bardzo często zatracam się w swoich rozmyślaniach. Czasami kładę się, zamykam oczy i obserwuje swoje myśli. Przez jakiś czas medytowałem, ale nie byłem w stanie długo usiedzieć prosto. Szybko traciłem koncentrację, niecierpliwiłem się.
    W wyciszeniu pomaga mi najczęściej spacer, taki w głąb lasu. Zaraz po wejściu schodzę z głównej ścieżki i idę w poprzek, przez jakieś chaszcze, tam gdzie nikt nie chodzi. Czasami mam na uszach słuchawki, z których leci audiobook, ale nieraz muszę się zatrzymać, wyłączyć książkę i posłuchać odgłosów lasu. To niesamowite uczucie, być samemu ze sobą wśród drzew. To u mnie maksymalny stan wyciszenia.
    Ej i też lubię wilki, bo jestem z Podkarpacia :)

  • To prawda, chociaż obrzydło mi to słowo, bo ostatnio każdy w internecie mianuje się introwertykiem. :)

    Co do pisania to różnie – zazwyczaj faktycznie piszę w ciszy, ale jeśli chodzi o Wilków, czasem muzyka pomaga mi wprowadzić się w odpowiedni nastrój.

  • O niebo lepiej :)

  • Ano, jest czas na muzykę i na całą resztę. Mam podobnie, więc podejrzewam, że tak jak ja nie lubisz pisać, gdy w tle jęczą Ci jakieś piosenki? :)
    Introwertycy tak majo. Każda nadprogramowa interakcja społeczna wymaga od nich potem regeneracji w samotności.

    Świetnie, baw się dobrze, i to w dodatku z samą sobą! <3
    (No, i ze mną trochę też…)

  • i w ten sposób żyje się o niebo lżej, prawda?

  • Znalazłam cząstkę siebie w twoim wpisie. Bez wycieczek żywieniowych, za to z potrzebą ciszy. Lubię ludzi, ale dla równowagi potrzebuję ciszy. Ten ZEN, o którym wspominasz jest chilą w mojej codzienności, jednak wystarczającą, żeby zachować siebie

  • Nigdy nie przeszłam etapu bycia głośną, wprost przeciwnie, miałam okres tak totalnej blokady, że właściwie nie miałam znajomych. Zostało mi z tamtego czasu dwoje przyjaciół – przynajmniej wiem, że oni zniosą wszystko. :) Teraz się otwieram na ludzi i bardzo lubię ich towarzystwo (o ile potem mogę pobyć sama).

    Doskonale rozumiem Twoją potrzebę ciszy. Niektórzy uwielbiają, gdy w tle ciągle gra radio lub jakaś muzyka. Nie ja. Muzykę muszę włączyć konkretną, posłuchać jej z pół godziny i wyłączyć, bo zaczyna mnie męczyć. Cisza to jest to. :)

    Podejmuję wyzwanie, czemu nie? :)

  • Patryk Hordyński

    Super wpis. Czekam bardzo na kolejne <3

  • Bliski mi wpis. Też przeszłam fazę bycia głośną i rozrywkową wbrew sobie, za to z powtarzającym się pytaniem „co jest ZE MNĄ nie tak, że mnie to nie bawi?”. A po niej długą i złożoną fazę depresji – nie twierdzę, że wywołaną jedynie byciem wbrew swojej ciszy, ale pewnie jakiś kamyczek do lawiny to dorzuciło.
    Dopiero niedawno spłynęło olśnienie – nie musi mnie to bawić, w ogóle nic mnie nie musi i ja też nic nie muszę, mogę sobie spokojnie woleć tę ciszę i bycie z samą sobą, bo taka jestem i tak mi dobrze.