a może by tak przestać winić wszystkich wokół za twoje złe wybory?

Zamie­rzasz taplać się w gów­nie wła­sne­go umy­słu do koń­ca świa­ta? Krzy­żyk na dro­gę, jeśli taka jest two­ja wola. Jeśli to jest wybór, któ­re­go z peł­ną świa­do­mo­ścią doko­nu­jesz.

Chy­ba mam dosyć poje­bów, któ­rzy chcą mnie sobą zain­te­re­so­wać, sprze­da­jąc mi wszyst­kie mro­ki swo­jej oso­bo­wo­ści. Powta­rzam do znu­dze­nia: gene­ro­wa­nie dra­ma­tu dla same­go dra­ma­tu sza­le­nie mnie iry­tu­je. A oni swo­je. Nie jestem i nigdy nie sta­nę się two­im zba­wi­cie­lem. Może zacznij od sie­bie, może zostań swo­im wła­snym jezu­sem? Może łaska­wie mnie w to nie mie­szaj.

Sro­gie lata temu pod­ję­łam decy­zję o oświe­ce­niu. Nie tam że bud­da, nie tam że nirva­na, nie tam że wyrwa­nie się z sam­sa­ry i inne “non­sen­sy”. Chcia­łam po pro­stu zwró­cić wresz­cie gło­wę w stro­nę słoń­ca i poczuć, jak to bez­in­te­re­sow­ne cie­peł­ko wła­zi mi wszyst­ki­mi otwo­ra­mi do cia­ła. Sto­ję w tej głu­pa­wej pozy­cji do dziś i głę­bo­ko w dupie mam ciem­ność, smu­tek, żal, gorycz i zwąt­pie­nie.

Są takie dni, że nie chce mi się wsta­wać z wyra. Są dni, że mam ocho­tę słu­chać tyl­ko ckli­wych kawał­ków, leżeć brzu­chem do góry, lam­pić się w sufit i liczyć w nie­skoń­czo­ność zwło­ki tych samych roba­ków roz­płasz­czo­nych moim kap­ciem na bia­łej ścia­nie. Jasne, że są takie dni, ale dłu­go nie trwa­ją, bo jak tyl­ko poczu­ję, że zbli­żam się do gra­ni­cy, w któ­rej prze­sta­ję się lubić, zry­wam się z wyrka i bio­rę się do życia.

Nie­któ­rzy, wni­ka­jąc w trze­wia pik­se­li z tego blo­ga, zarzu­ca­ją mi głę­bo­ko skry­wa­ną depre­sję. Zawsze na taką kon­sta­ta­cję wybu­cham śmie­chem i pukam się z poli­to­wa­niem w czo­ło. Ja nie wie­rzę w depre­sję, ja się z depre­sji śmie­ję, mnie to gów­no po pro­stu nie doty­czy. Jeśli ktoś mię­dzy wier­sza­mi wyczy­ta tutaj smu­tek, to powi­nien wie­dzieć, że to ten naj­ład­niej­szy odmęt smut­ku, że to ten smu­tek, któ­ry się rodzi z mojej TĘSKNOTY.

Jeśli musisz wie­dzieć o mnie coś wię­cej poza tym, że jestem wiecz­nie roz­chi­cho­ta­ną nie­kon­tro­lo­wa­nym chi­cho­tem blon­dyn­ką, to tyl­ko tyle, że przez 95% moje­go dnia tęsk­nię.

Gdzieś po tym świe­cie pałę­ta się bowiem czło­wiek, któ­ry wywró­cił mój kosmos nie­bem od dupy stro­ny, a potem bez wie­ści mi prze­padł.

Szu­kam go w TEJ pio­sen­ce.
Szu­kam go na TEJ foto­gra­fii.
Szu­kam go przy kasie w bie­drze i w poran­nym tram­wa­ju.
Szu­kam go w zno­szo­nych swe­trach z dzia­łu dla męż­czyzn w second han­dzie.
Cze­kam na nie­go na cmen­ta­rzu i pod blo­kiem, w par­ku i pod kop­cem, przy żydow­skich nagrob­kach z dru­giej woj­ny świa­to­wej i w odra­pa­nych kiblach obskur­nych knajp.

Rzy­gam nim po nad­mia­rze alko­ho­lu i jedze­nia, wyję nim z bólu, kie­dy leżę pod kro­plów­ką, bo moje hor­mo­ny zno­wu ska­to­wa­ły mój brzuch na krew i życie. Tęsk­nię jak sto skur­wen­sy­nów, mówiąc szcze­rze. Ale to wca­le nie zna­czy, że jestem smut­na. To tyl­ko zna­czy, że bud­dzie dzię­ki, mam jed­nak jakieś tam uczu­cia. A tak się wszy­scy bali­śmy, że mnie już nie ma.

Rób co chcesz, żyj jak chcesz i hoduj w gło­wie myśli, jakie chcesz. Tyl­ko pro­szę cię, następ­nym razem nie jęcz mi do ucha, że masz chu­jo­we życie, bo masz chu­jo­we życie i już. To zawsze jest kwe­stia wybo­ru. Two­je­go wybo­ru.