365 dni w dżungli samców, czyli jak się zeszmacić z klasą

relacje damsko-męskie
Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że na tak krótkim odcinku mojego życia wejdę w interakcję z tyloma mężczyznami, popukałabym się w czoło i skwitowała go słowami: tyś widzioł.

A jednak, dwa tysiące piętnasty stał pod znakiem niekończących się randek, flirtów i gierek słownych, z których – poza obopólną frustracją – niewiele wynikało, ale dzięki nim dowiedziałam się, że:

  1. jasne komunikaty są spoko
  2. toksyczne relacje są toksyczne i zawsze generują przypał
  3. nie lubię emocjonalnych popaprańców

Tegoroczni mężczyźni swoją monotematycznością znieczulili mnie na siebie w pięknym stylu. Dla niektórych byłam z punktu materiałem na żonę, która posadzi im dom, wybuduje dzieci i urodzi drzewo. Dla innych zaledwie rozrywką i okazjonalną koleżanką do towarzystwa. Niektórzy zabierali mnie na wycieczki krajoznawcze nad Wisłę i nieskutecznie dobierali się do moich majtek. Inni zabierali mnie do opuszczonych dziur i rozmawiali ze mną o rzeczach, których nie porusza się na pierwszych randkach. Był taki, co chciał ze mnie zrobić szmatkę do wycierania swojego penisa. I taki, z którym oglądałam produkcje marvela i grałam w gry video. Niektórzy nie odprowadzili mnie nawet na przystanek, bo po zmroku nie szwendają się po Krakowie.

Był jeden, przez którego chciałam płakać, ale nie mogłam, bo wściekłość, którą hodowałam w sobie, blokowała moje kanaliki łzowe. Byli dziwni, emocjonalnie popaprani, neurotyczni atencjusze. Jeden nawet chciał, żebym go rozdziewiczyła.

Poniżej chronologiczny kalejdoskop samców, którzy w mniejszym lub większym stopniu uformowali moją końcoworoczną znieczulicę. Swoim zwyczajem patrzę na nich przez pryzmat zwierząt.

Kubuś Puchatek. Nie zasługuje nawet na pół wzmianki na swój temat. To ten rodzaj faceta, w którym pokładasz spore nadzieje, a potem śmiejesz się do rozpuku z własnej głupoty i wyrzucasz swoim przyjaciołom, że nie reagowali wcześniej.

Bonobo. Adonis z sześciopakiem na brzuchu, trójpakiem na bicu i zeropakiem w sercu. Człowiek Skurwiel; piekielnie inteligentny, a jednocześnie żyjący w przeświadczeniu, że za pieniądze naprawdę można kupić wszystko. Traktuje ludzi jak gówno, a swoje kobiety jak erozabawki masowo sprowadzane z chin. Za dnia ciupie w LoLa, nocami lawiruje między kwejkiem a sadistikiem, nad ranem ustawia budzik, żeby pozbierać drewno w ArcheAge’u. Czasami odnosiłam wrażenie, że jestem mu potrzebna tylko po to, by nie wyglądał głupio, siedząc samotnie przy stoliku dla dwojga w Pizza Hut. Kolejny typ, który w moich 177 cm wzrostu lokował swoje 176 cm kompleksy.

Żuk gnojarz. Już na pierwszej randce nie potrafił trzymać rąk przy sobie, ale że miotał nimi w bardzo nieprzemyślany sposób, do ostatniej chwili nie wiedziałam, o co mu właściwie biega. A biegało mu o to, że chciał mnie pocałować. Na drugim spotkaniu dowiedziałam się, że jestem jego dziewczyną. Podczas gdy ja – skonsternowana – trawiłam z polskiego na nasze tę nową rzeczywistość, on próbował ostentacyjnie wzbudzić we mnie zazdrość o inne kobiety. Gdy tylko dostał jakiegoś smsa, machał mi przed oczami komórką, a potem szybko ją zgarniał i chichotał, że nie mogę zobaczyć co tam jest napisane, bo jeszcze bym się zezłościła. Kiedyś leżeliśmy niewinnie w łóżku, a on puścił takiego bąka, że aż zatrzęsła się podłoga. Żuk gnojarz prawie zdechł ze śmiechu, a Wadera zdechła z zażenowania i poczucia bezsensu istnienia.

Tragifarsy stało się za dość, gdy okazało się, że chce, żebym go rozdziewiczyła. Jako że akurat wtedy Matka Natura wzięła mnie w obroty, nawet gdybym chciała (hehehe), nie mogłam spełnić jego życzenia, więc strzelił focha i stwierdził, że kłamię. Zirytował mnie do tego stopnia, że już-już miałam ochotę udowodnić mu moją rację, na szczęście zdecydowałam zachować resztki godności i w jak najpiękniejszym stylu zaniechałam dalszej znajomości.

Gepard. Pół-polak, obieżyświat, bardzo pocieszny człowiek, do teraz pozostaję z nim w przesympatycznej, aczkolwiek aseksualnej relacji (da się tak). Gdy tylko pojawia się okazja do zwiedzenia jakiegoś zakątka świata – nawet się nie zastanawia, tylko pakuje manatki i znika. Ma to swoje niewątpliwe plusy i minusy. Minus to jego niestabilność egzystencji w moim pobliżu i permanentnie niepewne jutro. Plus – jak już wracał, to nasze upojne witanie się nie miało końca.

Leniwiec. Pierwszy taki skrajny przypadek emocjonalnego popaprańca, któremu udało się mieć nade mną „uczuciową” przewagę. Miał aspiracje na wilka, ale potem zranił mnie do żywego i zamknął w sobie na długie, puste miesiące. Wysoki na dwa metry, tak że nawet ze swoimi 177 cm musiałam wysyłać mu telegram za każdym razem, gdy miałam ochotę go pocałować. Całować potrafił akurat bezbłędnie, ale na tym kończyły się jego zalety.

Niedźwiedź. Trener personalny, któremu skillsy międzyludzkie wyparowały po przedawkowaniu sterydów. Całe jego życie sprowadza się do zarabiania mamony i uprawiania seksu. Jeśli masz ochotę na rozmowę to okej, pod warunkiem, że będzie dotyczyła stricte seksu. Jeśli masz ochotę się z nim spotkać to okej, pod warunkiem, że będzie to spotkanie czysto seksualne. Jeśli masz ochotę iść z nim na spacer to okej, pod warunkiem, że po drodze zahaczycie o drzewo w parku albo ławkę w parku, albo bramę w parku, albo drzewo pod kopcem, albo kamień nad Wisłą, albo inne elementy infrastruktury nadające się do seksów. Jeśli przed spotkaniem zastrzeżesz, że nie ma mowy o żadnych seksach to owszem, powie ci, że przyjdzie, ale pięć minet przed twoim wyjściem z domu będzie symulował chorobę. Trzy razy z rzędu.

Miś Koala. Typ niby pragmatycznego i romantycznego do bólu neurotyka. Humorzasty pesymista przekonany, że jest niepoprawnym optymistą. Jego ulubionym zajęciem są głębokie spojrzenia w oczy i głaskanie kobiecych włosów, najlepiej w ciszy. Podważa wszystko, co się mu kiedykolwiek powiedziało. Miota się i szarpie sam ze sobą. Jest grubo przed trzydziestką, ale twierdzi, że już nic niezwykłego w życiu go nie spotka. Szuka opiekunki i nauczycielki, chociaż tego akurat nie czaję, bo wciąż mieszka z obojgiem rodziców. Jeszcze zanim się zjawiłam, odeszłam, i biorąc pod uwagę jego życiową postawę, on już nigdy nie zaufa żadnej kobiecie.

Goryl. Hoduje brodę do kostek i wydaje mu się, że to go czyni mężczyzną niezaprzeczalnym. Ja tam w tych nieprzyjemnych chaszczach za wiele męskości nie odnalazłam. Otwarcie deklaruje, że uwielbia koty, co już z definicji wydaje się mocno podejrzane. Śmieje się z pedałów w rurkach, hipsterów z jabłkiem i facetów, którzy nie noszą brody. Co drugie słowo w rozmowie wtrąca angielskie makaronizmy z naciskiem na „sooooo gaaaaay!”. W przyszłości chce zostać wikingiem, ale boi się chodzić po zmroku po Krakowie.

John Doe – wciąż nie doczekał się zwierzęcej kategoryzacji. Od czerwca zeszłego roku średnio kilka razy w tygodniu mierzę się z nim wzrokiem w drodze do pracy. W akcie desperacji wystosowałam do niego odpowiednie pismo, które zawisło na Spotted: Kraków.
Rozliczam Was teraz z siebie, moi chłopcy. Byliście mi bardzo pomocni.

Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie umiarkowanie żałuję. Poprawy nie obiecuję, ale ciebie, Internecie Wszechmocny, o naukę, pokutę i rozgrzeszenie proszę.