12 faktów o mnie, które warto znać, żeby móc się ze mnie nabijać — cz. 1

Do napi­sa­nia posta zain­spi­ro­wa­ła mnie Olga z blo­ga Z neta wzię­te, któ­ra podob­nie jak ja nie potra­fi się domyć w cudzej łazien­ce <3 W trak­cie czy­ta­nia jej posta co krok pod­ska­ki­wa­łam i wykrzy­ki­wa­łam „o, o, ja też ja też, tak samo, i ja i ja!!!1jeden”.

1.  Nie umiem odna­leźć się w obcych łazien­kach.

Nigdy nie potra­fi­łam tego logicz­nie wyja­śnić, ale Olga ze swo­im stwier­dze­niem „Gdy myję się w nie swo­jej łazien­ce, czu­ję się brud­na” utra­fi­ła w mój czu­ły punkt. Też się tak chy­ba czu­ję.

Nie dość, że nie potra­fię się tam odna­leźć, bo nie mam pod ręką tych wszyst­kich oczy­wi­stych rze­czy, kur­ków i kra­ni­ków, ręcz­ni­ków, gąbek i żeli­ków, jakie mam w swo­jej łazien­ce, to jesz­cze wszyst­kie moje ruchy są pokracz­ne i nie na miej­scu; czu­ję się wręcz, jak­by mnie ktoś oglą­dał przez dziur­kę od klu­cza. Nie zno­szę obcych łazie­nek, nawet jeśli nie­jed­na jest sto razy czyst­sza od mojej.

Zawsze ile­kroć mój chło­pak pró­bu­je prze­ko­nać mnie, żebym zosta­ła u nie­go na dłu­żej niż jed­ną noc, odru­cho­wo uży­wam argu­men­tu, że „nie mogę, bo muszę wziąć prysz­nic, umyć wło­sy (w prze­ci­wień­stwie do Olgi — wło­sy myję codzien­nie </3) i tak dalej…”, a gdy zdzi­wio­ny odpo­wia­da, że prze­cież on też ma łazien­kę, patrzę na nie­go jak­by spadł z księ­ży­ca (*).

2. Nie dzie­lę miło­ści na dwo­je.

Do ludzi — z tym róż­nie. Do przed­mio­tów — nigdy. Już pomi­jam fakt, że rzad­ko kie­dy kogoś kocham; takie oso­by zli­czę na pal­cach poło­wy ręki. Ale muszę ze wsty­dem przy­znać, że przed­mio­ty kocham miło­ścią sza­leń­czą i jest to ten naj­gor­szy i naj­bar­dziej mate­rial­ny prze­jaw miło­ści, tak bar­dzo sprzecz­ny z filo­zo­fią odpusz­cza­nia, gło­szo­ną przez ludzi Zen.

W życiu codzien­nym zna­czy to tyle, że nie mogę mieć dwóch plu­sza­ków, bo umie­ram z nie­zde­cy­do­wa­nia, któ­re­go mam kochać moc­niej. Z tego same­go powo­du nie mogę mieć dwóch zwie­rząt. Nie mogę też mieć dwóch note­sów, w któ­rych pro­wa­dzę zapi­ski — muszę mieć jeden do abso­lut­nie wszyst­kie­go (cału­ski dla moje­go aktu­al­ne­go BuJo). Nie mogę mieć dwóch dłu­go­pi­sów, bo muszę mieć jeden ulu­bio­ny. W tym całym sza­leń­stwie chy­ba tyl­ko książ­kom wyba­czam, że jest ich wię­cej niż jed­na, ale sło­wa to sło­wa, a te kocham moc­niej, niż cały świat w kupę wzię­ty.

Jak­by mi ktoś zapro­po­no­wał, że poda­ru­je mi dru­gi kom­pu­ter, to pew­nie umar­ła­bym z roz­pa­czy, bo nie mogła­bym mieć dwóch i musia­ła­bym zde­cy­do­wać się na jeden. To bar­dzo trud­ne i strasz­nie ryje beret, głów­nie dla­te­go, że w skle­pach papier­ni­czych ule­gam czę­sto kom­pul­syw­nym, prze­ce­nio­nym zaku­pom i robię pię­cio­let­ni zapas prze­pięk­nych note­sów, wspa­nia­łych tasie­mek ozdob­nych, genial­nie piszą­cych dłu­go­pi­sów, a potem wra­cam do domu i roz­kła­dam ręce. Nie uży­wam żad­ne­go note­su, nie okle­jam kar­tek żad­ną z tasie­mek, nie piszę żad­nym dłu­go­pi­sem, bo nie mogę się zde­cy­do­wać, któ­ry z nich to ten mój naj­mój­szy, naj­bliż­szy memu ser­cu, naj­oka­zal­szy, naj­wspa­nial­szy, naj…

3. Jestem uza­leż­nio­na od wody mine­ral­nej i kre­mu do rąk, a kon­kret­nie od masła kaka­owe­go Zia­ja.

Nawyk regu­lar­ne­go i obfi­te­go picia wody wypra­co­wa­łam sobie jakieś czte­ry lata temu i przy­się­gam, że od tam­te­go cza­su poziom moje­go życia wzrósł stu­krot­nie. W cią­gu dnia jestem mniej zmę­czo­na i czu­ję się tak po pro­stu dużo, dużo, dużo lepiej.

To niby faj­na spra­wa, ale tak moc­no przy­wią­za­łam się do wody, że nie­kie­dy dosłow­nie pod­po­rząd­ko­wu­ję jej swo­je życie. Czy­li nie wyj­dę z domu bez zapa­so­wej butli (w naj­gor­szym razie litro­wej, w naj­lep­szym — pół­to­ra­li­tro­wej) wody w toreb­ce albo nie pój­dę do miej­sca, któ­re z góry wiem, że nie zapew­ni mi cią­głe­go dostę­pu do wody, choć­by kra­no­wej. To zakra­wa już o para­no­ję i mój chło­pak uwiel­bia to na każ­dym kro­ku pod­kre­ślać.

Rów­nie para­no­icz­ne umi­ło­wa­nie do kre­mu spo­tę­go­wa­ło się po dwu­let­niej pra­cy w wydaw­nic­twie, w któ­rym moje ręce, chy­ba dla zaba­wy, same posta­no­wi­ły prze­isto­czyć się w papier. Natu­ral­nie — bez kre­mu do rąk tym bar­dziej się z domu nie ruszę.

4. Mar­twię się o bli­skich w podró­ży tak samo jak Olga.

Ile­kroć ktoś gdzieś jedzie, w gło­wie poja­wia mi się milion czar­nych sce­na­riu­szy i oczy­wi­ście każ­dy nastę­pu­je jeden po dru­gim w kolej­no­ści od tur­bo­czar­ne­go do ultra­czar­ne­go; nie mam lito­ści dla niko­go.
Wszy­scy jak gdzieś jadą, to już na pew­no tyl­ko po to, żeby mi na złość umrzeć. Szczę­ście w nie­szczę­ściu, że nie mam wie­lu bli­skich, któ­ry­mi muszę się mar­twić.

5. Na pal­cach jed­nej ręki zli­czę oso­by, któ­re o tym wie­dzą, ale minę­ło tyle lat, że kie­dy mam się tym chwa­lić, jak nie teraz, gdy już kom­plet­nie nic z tym nie mogę zro­bić?

Otóż byłam mistrzy­nią Euro­py oraz wice­mi­strzy­nią świa­ta tzw. tań­ca ulicz­ne­go (sic!) i z tego tytu­łu otrzy­ma­łam nawet sty­pen­dium do szko­ły tań­ca w Nowym Jor­ku, któ­re wrę­czy­ła mi cudow­na, wspa­nia­ła, boska, bud­do-jak-ja-ją-kocham Sofia Boutel­la. Przez ówcze­sny taniec ulicz­ny nale­ży rozu­mieć wszel­kie odmia­ny hip-hopu (stre­et dan­ce, zaląż­ki new age oraz waackin’u) za wyjąt­kiem bre­ak dance’u, któ­re­go misz­czem jest mój przy­ja­ciel Woj­tek — ja w tym zakre­sie mogę naj­wy­żej sta­nąć na gło­wie i to tyl­ko wte­dy, gdy sil­nie medy­tu­ję.

Any­way, żeby tra­ge­dii sta­ło się za dość, ze sty­pen­dium nie sko­rzy­sta­łam, bo rodzi­ce nie zamie­rza­li mi pozwo­lić w liceum rzu­cić szko­ły i oddać się stu­diom jakie­goś tam tań­ca. Odda­łam je przy­ja­cie­lo­wi, któ­ry na tym po sto­kroć sko­rzy­stał. Dzi­siaj jeź­dzi po świe­cie, naucza i two­rzy cho­re­ogra­fie dla takich czło­wie­ków jak bijon­se i dża­stin tim­ber­lejk.

Nie mów­my o tym, bo zaraz się roz­pła­czę, że naj­pięk­niej­szy roz­dział moje­go życia jest już daw­no za mną </3

6. Jestem tak nie­do­rzecz­nym intro­wer­ty­ko-aspo­łecz­nia­kiem, że momen­ta­mi aż cięż­ko w to uwie­rzyć.

W gro­nie ludzi, któ­rych znam i lubię, od sasa do lasa potra­fię być duszą towa­rzy­stwa. Śmie­ję się tak gło­śno, że praw­do­po­dob­nie sły­chać mnie we Wła­dy­wo­sto­ku. Od nowo pozna­nych osób czę­sto zresz­tą sły­szę, że powin­nam zostać aktor­ką albo przy­naj­mniej komi­kiem (what?).

Ale sam akt wypro­wa­dze­nia mojej oso­by do ludzi — na spo­tka­nie, na impre­zę, na cokol­wiek, nie dość, że gra­ni­czy z cudem, to gdy już się uda, przez kil­ka dni czu­ję, jak­by zeszło ze mnie całe powie­trze i muszę rege­ne­ro­wać swo­ją spo­łecz­ną ener­gię od nowa.


Goto­wa na część dru­gą?