12 faktów o mnie, które warto znać, żeby móc się ze mnie nabijać — cz. 2

Jakem wczo­raj obie­ca­ła, takem dzi­siaj obiet­ni­cy dotrzy­ma­ła — oto dru­ga (i być może nie ostat­nia) por­cja ran­do­mo­wych fak­tów na mój temat. Z góry ostrze­gam, że punkt siód­my total­nie wbi­ja w fotel.
Po pierw­szą część wpi­su się­gnij TUTAJ.

7. W zależ­no­ści od rodza­ju i cha­rak­te­ru miał­cze­nia moje­go kota — potra­fię poznać jego wszyst­kie potrze­by.

Wiem, kie­dy jest głod­ny, a kie­dy tyl­ko uda­je, że jest głod­ny. Wiem, kie­dy chce się bawić słom­ką, kie­dy ocze­ku­je, że zagram z nim w pił­kę i kie­dy żąda, bym roz­ło­ży­ła matę do jogi, tyl­ko po to, żeby mógł się po niej tur­lać. Wiem, któ­re miał­cze­nie zwia­stu­je sen­ność i nadej­ście focha w związ­ku z nie­po­ście­le­niem łóż­ka, a któ­re suge­ru­je, żeby pochwa­lić kota za zro­bie­nie kupy do kuwe­ty, a nie do np. wan­ny (#tru­esto­ry. Cza­sem sobie źle wyli­czy pi razy pier­wia­stek z kuwe­ty i kupa lądu­je w moim, a nie w jego świe­cie).
Zupeł­nie jak mat­ka pozna­je potrze­by swo­je­go dziec­ka po spo­so­bie jego pła­ku i minach, jakie stroi. Bynaj­mniej nie jestem z tego fak­tu dum­na.

8. Ze wszyst­kich rze­czy, któ­re robię dobrze, naj­go­rzej mi wycho­dzi śpie­wa­nie. 

Ci, któ­rzy są na bie­żą­co z moimi kara­oke rela­cja­mi na IgSto­ries (cov(ad)era­mi — jak je nazwa­ła Mag­da Won­der Woman <3) wie­dzą, że jak wydrę japę, to nic, tyl­ko biec i szu­kać schro­nu prze­ciw­ato­mo­we­go. Sęk w tym, że śpie­wa­nie wycho­dzi mi wspa­nia­le tyl­ko wte­dy, gdy zamknę oczy i total­nie ode­rwę się od rze­czy­wi­sto­ści (czy­li osią­gnę stan alfa i prze­sta­nę sły­szeć, że fał­szu­ję), ale wte­dy wyglą­dam jak total­ny idio­ta do total­ne­go kwa­dra­tu, dla­te­go wolę to robić w zaci­szu mojej wyima­gi­no­wa­nej zaje­bi­sto­ści.

9. Gdy się o kogoś mar­twię, to na nie­go wrzesz­czę. 

Im bar­dziej się o kogoś mar­twię, tym bar­dziej tra­cę nad sobą pano­wa­nie i wrzesz­czę, jestem opry­skli­wa, uszczy­pli­wa, zoł­zo­wa­ta i gene­ral­nie taka w sam raz do nie­na­wi­dze­nia. Kie­dyś pró­bo­wa­łam roz­wi­kłać tę para­dok­sal­ną zagad­kę i doszłam ze sobą do mniej-wię­cej-kon­sta­ta­cji, że te moje wrza­ski wyni­ka­ją ze stra­chu i poczu­cia bez­sil­no­ści.

Gdy ktoś z moich bli­skich cho­ru­je, w momen­cie załą­cza mi się Frau Drzy­mor­da, któ­ra wyda­je dys­po­zy­cje, jak­by strze­la­ła z kara­bi­nu: cie­płe napo­je pij! Wita­mi­nę C zażyj! Do łóż­ka idź! W cie­ple siedź! Dużo śpij! Rosół ugo­to­wa­łam, gorą­cy zjedz!!! Kota nie doty­kaj, bo zara­zisz!!! Do leka­rza po L4 idź, a nie do pra­cy!!! Wita­mi­ny zja­dłeś??!! SYROP CI KUPIĆ???!!! TABLETKI NA GARDŁO MASZ????!!!! CZEMU TAK KASZLESZ????!!!!!!111

Naj­gor­sze jest to, że praw­do­po­dob­nie spra­wiam wte­dy wra­że­nie, jak­bym była poiry­to­wa­na fak­tem, że ktoś śmiał potrze­bo­wać mojej pomo­cy albo, nie-daj-bud­do, stał się dla mnie nie­wy­god­nym, peł­nym zaraz­ków pro­ble­mem. Gdy sobie to uświa­da­miam, wrzesz­czę jesz­cze bar­dziej, w pani­ce, że rze­czy­wi­ście ktoś może tak o mnie pomy­śleć.

Kil­ka lat temu moja mama w kil­ku miej­scach zła­ma­ła paskud­nie nogę. Gro­zi­ła jej ampu­ta­cja, któ­rej cudem unik­nę­ła. Leka­rze nie chcie­li się kło­po­tać napra­wą nogi, sko­ro moż­na ją było po pro­stu chla­snąć przy udzie. Cału­ski dla pol­skiej służ­by zdro­wia.

Na szczę­ście jakiś kuzyn dzie­sią­ta woda po kisie­lu oka­zał się chi­rur­giem orto­pe­dą, któ­ry sta­nął na wyso­ko­ści zada­nia i pocią­gnął za wszyst­kie moż­li­we sznur­ki, by temu zapo­biec. Po całej spra­wie mama na rok zosta­ła przy­ku­ta do łóż­ka. Miesz­ka­ły­śmy wte­dy razem. Ja stu­dio­wa­łam i pra­co­wa­łam, a ona zapa­da­ła na coraz więk­szą depre­sję. Wyobraź­cie sobie, że przez okrą­gły rok leży­cie w łóż­ku i gapi­cie się w sufit.

Co sobo­tę dziad­ko­wie przy­cho­dzi­li niby w odwie­dzi­ny do mamy, a tak napraw­dę po to, by pod­rzu­cić nam siat­kę jedze­nia, bo cho­ciaż pra­co­wa­łam w trzech róż­nych miej­scach jed­no­cze­śnie, zara­bia­łam  śmiesz­ne gro­sze. Z poczu­cia winy pra­wie się do sie­bie nie odzy­wa­ły­śmy, cza­sem tyl­ko coś jej odburk­nę­łam. Mama pew­nie myśla­ła, że obwi­niam ją o tę sytu­ację, a ja obwi­nia­łam w kół­ko samą sie­bie, że nie wiem co zro­bić, żeby przy­wró­cić jej chę­ci do życia.

10. Ostat­nio się oka­za­ło, że jestem oso­bą z tzw. mul­ti­po­ten­cja­łem.

Uświa­do­mi­ła mi to TA TED-owa pre­zen­ta­cja. Rze­czy­wi­ście, spo­łe­czeń­stwo lubi pod­kre­ślać nie­skoń­czo­ność zalet robie­nia spe­cja­li­za­cji tyl­ko w jed­nej dzie­dzi­nie i pod­trzy­my­wać, że to jedy­ny słusz­ny patent na szczę­ście, karie­rę i suk­ces. Już daw­no zro­bi­ła się z tego moda, któ­ra dla osób takich jak ja sta­je się najwyżej…przekleństwem. Ja też wyro­słam w prze­świad­cze­niu, że musze być kon­kret­nie KIMŚ i robić kon­kret­ne COŚ, więc odkąd zaczę­łam świa­do­mie two­rzyć swo­ją ścież­kę zawo­do­wą, biję się jak sza­lo­na z myśla­mi.

No, Lena, zasta­nów się, jesteś już dużą dziew­czyn­ką. CO TY CHCESZ ROBIĆ, CO TY CHCESZ SOBĄ REPREZENTOWAĆ???
Pisać chcesz? Ok, co pisać? Copyw­ri­te­rem w agen­cji być? W jakiej agen­cji? Copyw­ri­te­rem na fre­elan­sie? Pisma­kiem w gaze­cie? Może napi­szesz tę nie­szczę­sną książ­kę? Nawet jak będzie gów­nia­na, to przy­naj­mniej będzie wia­do­mo, że jest gów­nia­na, a wszy­scy, któ­rzy na nią cze­ka­li, dadzą ci wresz­cie świę­ty spo­kój i nie będą o nią wię­cej bez sen­su truć dupy. Z blo­ga chcesz żyć? Haha­ha, nie bądź śmiesz­na. Obraz­ki lubisz ład­ne i co, gra­fi­kiem zosta­niesz? No jak, pisać i bawić się w gra­fi­ka? Zasta­nów się. Wybierz coś. Prze­strze­nie ład­ne lubisz? Może chcesz pro­jek­to­wać meble? Może chcesz pro­du­ko­wać meble? Lubisz się uczyć języ­ków? Może nauczysz się pię­ciu nowych? Nie­no, jak pię­ciu nowych, jed­ne­go się naucz porząd­nie naj­pierw!
I tak dalej…

Myśla­łam, że to bar­dzo źle, że nie mogę się zde­cy­do­wać na Tyl­ko Jed­ną Rzecz, aż odkry­łam wspo­mnia­ną wyżej pre­zen­ta­cję i uśmiech­nę­łam się pod nosem, że tak napraw­dę, jak mam ocho­tę, to mogę robić total­nie wszyst­ko. 
A pra­co­wać mogę tam, gdzie aku­rat mają pra­cę i chcą ją dać aku­rat mnie; byle była wśród ludzi, bo pomi­mo moje­go intro­wer­tycz­ne­go-aspo­łecz­ni­zmu, któ­ry ujaw­ni­łam w poprzed­nim poście, naj­wię­cej inspi­ra­cji do dzia­ła­nia czer­pię wła­śnie od nich.

Jasne, że zazdrosz­czę ludziom, któ­rzy mają jasno wyty­czo­ne i skon­kre­ty­zo­wa­ne cele, zwłasz­cza te zawo­do­we, ale sko­ro nie umiem podą­żać śla­dem mas od suk­ce­su, podą­żę wła­snym śla­dem, byle gdzieś po dro­dze zaha­czać o szczę­ście i twór­cze speł­nie­nie. Mul­ti­po­ten­cjal­ni, łącz­my się! 

11. Im mniej rze­czy mam do zro­bie­nia, tym jesz­cze mniej robię.

W takich pra­co­wych prze­sto­jach ogar­nia mnie melan­cho­lia i poczu­cie total­ne­go bez­sen­su ist­nie­nia.
Kie­dyś mia­łam sobie za złe, że jestem w pra­cy takim robo­tem, z któ­re­go moż­na kpić jak z ner­dów w szko­le, ale w koń­cu przy­zna­łam, że robię to dla zdro­wot­no­ści wła­snej gło­wy, a nie na złość współ­pra­cow­ni­kom, któ­rzy mogą przy mnie bla­do wypaść i posta­no­wi­łam już nigdy wię­cej nie czy­nić sobie ze swo­jej nad­gor­li­wej pra­co­wi­to­ści wyrzu­tów.
Jeśli dodat­ko­wo swo­ją codzien­ną pra­cę mogę dopra­wić szczyp­tą kre­acji — osią­gam nirva­nę czło­wie­czeń­stwa i nie idzie mnie siłą ode­rwać od tego, czym aktu­al­nie się zaj­mu­ję.

12. Ile­kroć w moim życiu roz­po­czy­na się tzw. Nowy Etap (czy­li śred­nio co pierw­szy ponie­dzia­łek nowe­go mie­sią­ca…), muszę sobie spra­wić na tę oka­zję nowy notes.

Nie wiem, czy to się wią­że z tym cudow­nym uczu­ciem Wiel­kie­go Oczysz­cze­nia, czy potrze­bą spa­le­nia za sobą abso­lut­nie każ­de­go, nawet naj­mniej­sze­go pomo­stu, czy po pro­stu wku­rza mnie nad­miar moich cha­otycz­nych bazgro­łów w star­szych o mie­siąc zeszy­tach, ale fakt jest fak­tem — każ­da oka­zja jest dobra, by kupić sobie nowy, cudacz­ny (i naj­czę­ściej droż­szy niż kil­ka dobrych ksią­żek razem wzię­tych…) notes. Moja mini­ma­li­stycz­na dusza na pole papier­ni­cze jesz­cze nie­ste­ty nie się­ga…


Okej, ja się obna­ży­łam. Wasza kolej.
DZIWACY, ŁĄCZMY SIĘ ♥