134

Wczo­raj w nocy dowie­dzia­łam się, że pocho­dzę z gwiazd.
I nagle wszyst­ko sta­ło się okrop­nie jasne.

136

W pierw­szym tygo­dniu sku­piam się na obser­wa­cji.
Tego, jak reagu­ję na róż­ne sytu­acje i ludzi. Co jem, w jakich godzi­nach, w jakich ilo­ściach, z jakie­go powo­du. Kie­dy mam naj­wię­cej ener­gii, kie­dy naj­mniej. Co naj­moc­niej ze mną rezo­nu­je. Co przy­pra­wia mnie o dobry nastrój, a co o zły. Na czym mi zale­ży. Któ­rzy ludzie gene­ru­ją we mnie pozy­tyw­ne wibry, a któ­rzy nega­tyw­ne. Jakie myśli plą­ta­ją się po mojej gło­wie.

Fizycz­nie jestem dzi­siaj tak zmę­czo­na, że pra­wie odpu­ści­łam. Skle­jam te sło­wa wol­no i bez­myśl­nie; o jodze nawet nie myślę, ale poga­pię się w księ­życ i pome­dy­tu­ję.

Jeden dzień. Jeden krok. Jesz­cze 136 małych krocz­ków.

137

Sikam ze wszyst­kich otwo­rów pomy­sła­mi na to, co jesz­cze, jak jesz­cze, gdzie jesz­cze. Och, co to był za pro­duk­tyw­ny dzień. Ist­ne sza­leń­stwo, odzi­wo zupeł­nie nie­za­mie­rzo­ne. A co naj­lep­sze, po dro­dze ani razu z tych emo­cji nie zapła­ka­łam.

Z takich rze­czy dum­nych, to mia­łam dzi­siaj oka­zję pójść na łatwi­znę, a nie poszłam. Tyl­ko że w nocy nic nie spa­łam, bo kom­bi­no­wa­łam i chy­ba już led­wo patrzę na oczy. Pani na sta­cji popa­trzy­ła na mnie z poli­to­wa­niem, gdy pode­szłam do kasy z sakra­menc­ko dro­gim bato­ni­kiem ener­ge­tycz­nym od Ewy Cho­da­kow­skiej. A ja jej ocza­mi pró­bo­wa­łam wytłu­ma­czyć, że pro­szę pani, ja mam tyle samo pogar­dy za tego bato­ni­ka do sie­bie samej co pani, tyl­ko że jak już się doko­nu­je publicz­nej trans­for­ma­cji i z same­go rana zapo­mi­na śnia­da­nia, to lepiej poku­to­wać pie­niędz­mi, niż hot dogiem i prin­spo­lo.

Wyglą­da­ła, jak­by nic z tego nie rozu­mia­ła.
Uwa­żaj­cie na te ener­ge­tycz­ne bato­ni­ki. To mor­do­klej­ki. I całą gębę mia­łam potem umo­ru­sa­ną gorz­ką bio­fit cze­ko­la­dą.

138

Pra­wie nic nie jadłam. To nie ele­ment pożą­da­nej zmia­ny, tyl­ko zwy­kłe roz­tar­gnie­nie. Zna­la­złam w cze­lu­ściach nie­zgłę­bio­ne­go inter­ne­tu nową inspi­ra­cję. Lubię te zna­le­zi­ska, bo z miej­sca roz­pa­la­ją we mnie ogień.

  • krok pierw­szy: przy­go­to­wać listę rze­czy do zmia­ny
  • krok dru­gi: opra­co­wać sys­tem wdra­ża­nia zmian (wyzwa­nia tygo­dnio­we?)
  • krok trze­ci: zasta­no­wić się nad sys­te­mem śle­dze­nia postę­pów
  • krok czwar­ty: usta­lić kotwi­ce, czy­li rze­czy do codzien­ne­go odha­cza­nia, nie­za­leż­ne od tygo­dnio­wych wyzwań
  • krok pią­ty: sta­wiać małe krocz­ki, nie pory­wać się z moty­ką na słoń­ce, być dla sie­bie dobrą
  • krok szó­sty: sku­piać się na pozy­ty­wach, nie roz­trzą­sać nega­ty­wów

Na przy­kład dzi­siaj, zamiast prze­wi­dy­wać naj­czar­niej­sze sce­na­riu­sze dnia jutrzej­sze­go, więk­szość dnia spę­dzi­łam na czy­ta­niu Oli­ve Kit­te­rid­ge. Pró­bu­ję się prze­ko­nać do krót­kiej for­my, a Oli­ve nie dość, że jest z mojej krwi, to jesz­cze for­mą znaj­du­je się gdzieś pomię­dzy.